Człowiek, dyrektor
Iwona Pawłowska: Kiedy Kapituła Wyborów człowieka Ziemi Złotoryjskiej ogłosiła, że to Pan jest tegorocznym laureatem, był Pan autentycznie wzruszony i zaskoczony. Naprawdę nie spodziewał się Pan tego tytułu?
Zbigniew Gruszczyński: Tak, zaskoczenie było autentyczne. Owszem, gdzieś tam w kuluarach były jakieś komentarze, które starałem się ignorować. Przyznam się szczerze, że bardziej liczyłem na ten tytuł w roku 2013, kiedy to promowaliśmy z sukcesami temat: „Wojcieszyn wioska Don Kichota”. Wtedy byliśmy na topie. Nomen omen zwyciężyły Czaplanki.
Pozostał mały niesmak, albowiem dziewczyny zaczynały dopiero wtedy swoją przygodę, która trwa do dzisiaj, czego im gratuluję. Wracając do roku ubiegłego – był dla mnie bardzo intensywny i pracowity, oczywiście nie tylko zawodowo. Nie jestem w stanie przeliczyć godzin, jakie poświęciłem na przygotowania i realizację pomysłów oraz działań poza pracą zawodową. Podczas ceremonii finałowej Człowieka Ziemi Złotoryjskiej miałem autentyczną suchość w ustach i chwilową niemoc słowną. Nie zdarzają mi się, kiedy jestem na scenie, takie sytuacje często. Zawsze staram się być przygotowany do tego, o czym lub o kim mówię podczas komentowania, prowadzenia różnych imprez.

Jest Pan człowiekiem Ziemi Złotoryjskiej, ale ziemia złotoryjska to miejsce z wyboru, a nie z urodzenia, prawda?
Jestem z urodzenia przemkowianinem, który wyemigrował z rodzinnego miasta w roku 1976 do Głogowa, gdzie ukończyłem szkołę średnią, Technikum Mechaniczne. Tam też mieszkałem w internacie, w którym to po maturze w roku 1981 zostałem wychowawcą grupy chłopców, wcześniejszych kolegów ze szkoły i z boiska. Ze względu na działalność moich rodziców w szeregach Solidarności nie przyjęto mnie do Wojskowej Szkoły Wyższej (WSWZ we Wrocławiu). W internacie natomiast poznałem właśnie złotoryjankę, która została moją żoną. Tak też za głosem serca trafiłem do Złotoryi.
Jaka była Złotoryja, gdy Pan tu zamieszkał?
Pierwszy raz do Złotoryi przyjechałem w lecie 1981 roku pociągiem relacji Zielona Góra – Marciszów. Idąc z dworca na ulicę Asnyka, przy Młynie (jeszcze nie była to wtedy ruina) zauważyłem tabliczkę ulicy z napisem „Spirytusowa”, pomyślałem sobie: no nieźle się zaczyna… Kiedy podszedłem bliżej, okazało się, że jest to ulica Sportowa. Widocznie to stres przed pierwszym spotkaniem z przyszłymi teściami spowodował u mnie zakłócenia w odbiorze wizualnym tekstu pisanego. Złotoryja była wtedy dla mnie bardzo górzysta, przyjechałem bowiem z piaszczystych terenów Przemkowa i Głogowa. Przyrodniczo miasto było bardzo zielone, natomiast architektonicznie szare. Duże wrażenie zrobiły na mnie zabytkowe budowle: baszta, mury obronne, kościoły. Zaskoczony byłem też frekwencją na filmie „Duch”, miałem miejsce stojące na balkonie. Jakby to powiedział Pawlak z „Sami swoi”: „taż to szok!’” Jeszcze wtedy nawet nie pomyślałem, że to miejsce zwiąże mnie kiedyś ze sobą bardziej niż najdłuższy wyrok.

No właśnie, od jak dawna jest Pan związany miejską kulturą i rekreacją?
Z kulturą i rekreacją na terenie ziemi złotoryjskiej związany jestem od roku 1984. Wtedy to po odbyciu zasadniczej służby wojskowej w Domu Żołnierza w Gubinie (tam zdobywałem pierwsze szlify w kulturze) podjąłem pracę w ówczesnym GOK-u w Pielgrzymce pod kierunkiem niezapomnianego Zenona Bernackiego. Pracowałem jako plastyk, akustyk i prowadzący zespół „Pielgrzymianka” W roku 1986 wziąłem udział w konkursie na kierownika kina „Aurum” w Złotoryi. Kino podlegało wtedy pod Okręgowe Przedsiębiorstwo Rozpowszechniania Filmów w Zielonej Górze (OPRF), od dyrektora ZOK wynajmowana była sala kinowa i mały hol dla widzów. W roku 1989 OPRF przekazał kino do Okręgowej Instytucji Rozpowszechniania Filmów we Wrocławiu (OIRF). Wrocławianie stwierdzili, że albo biorę kino w ajencję i sam rozliczam się z ZOK Złotoryja, albo kino w Złotoryi zamykają. Zaryzykowałem i do roku 1990 prowadziłem kino prywatnie, wówczas było to „być albo nie być”. Po wielkim przewrocie społeczno-politycznym od roku 1990, kiedy to zostałem pierwszy raz dyrektorem ówczesnego Złotoryjskiego Ośrodka Kultury, przyłączyłem kino do struktury tej instytucji i tak jest do dnia dzisiejszego. To jedno z niewielu kin w Polsce w tak małych miejscowościach, pomijając, że ma obecnie dwie sale kinowe (ewenement).
Jakie instytucje, jednostki, działy miejskiej kultury obecnie Panu podlegają?
W strukturze organizacyjnej ZOK znajdują się: kino „Aurum”, Centrum Informacji Turystycznej, kopalnia złota „Aurelia”, Muzem Złota, „Gazeta Złotoryjska”, Świetlica Terapeutyczna, Baszta Kowalska, Strefa Otwartej Wyobraźni i Aktywności (SOWA), działalność merytoryczna, a od maja tego roku także wieża kościoła NNMP.

Zatem stoi Pan na czele niezłej orkiestry. Nic zatem dziwnego, że zna Pana prawie każdy złotoryjanin. Nie ma imprezy miejskiej, w której przebieg nie byłby Pan zaangażowany. To wynika z poczucia obowiązku?
Zastanawiam się czasem na ile to „prawie” wpływa na złotoryjan? Poczucie obowiązku wykształtował u mnie mój dziadek, który był na Kresach maszynistą pociągu a przez to starał się być bardzo odpowiedzialny i konsekwentny. Natomiast śmiało mogę powiedzieć, być może banalnie, że bardzo lubię swoją pracę, swój zawód animatora kultury. Zarówno pierwsza, jak i druga moja żona, stwierdziły zgodnie, że tak naprawdę moją największą miłością jest ZOK. Nie wiem, czy to miłość, ale jakaś ukryta prawda w tych stwierdzeniach jest. Przyznaję się do tej „symbolicznej kochanki”. Uważam, że każda praca, zawodowa, społeczna czy też jakakolwiek aktywność (kulturalna, sportowa) musi być wykonywana z pasją i zaangażowaniem, w innym razie to coś nie wychodzi.
Były takie momenty, że chciał Pan to wszystko zostawić, rzucić pracę i zająć się zupełnie innymi sprawami?
Takie sytuacje i momenty oczywiście się zdarzają. W roku 1992 sam złożyłem prośbę o rozwiązanie ze mną umowy o pracę za porozumieniem stron ówczesnemu burmistrzowi i opuściłem ZOK, żeby ponownie w trybie konkursu (startowało wówczas 13 kandydatów) powrócić w roku 1994 na stanowisko dyrektora. W okresie kiedy mnie nie było, ZOKiem zarządzało co najmniej 4 dyrektorów. Takie momenty, refleksje przychodziły także przy każdej zmianie władzy w mieście. Od roku 1986 obecny burmistrz jest moim 8 przełożonym. Powiedzenie: „czas na zmiany” ciągnie się za mną jak ten przysłowiowy kamień, który pod górę Olimp popychał Syzyf.

Z jakich projektów, przedsięwzięć jest Pan szczególnie dumny?
Jest wiele takich przedsięwzięć, choćby oczywiście dwie sale kinowe i utrzymanie kina, które w latach 90. i po roku 2000 przechodziło duży kryzys, Dolnośląski Festiwal Filmowy „Złoty Samorodek”, w którym pani ma znaczny udział, obecnie SOWA (nasze mini Centrum Kopernika). Jestem (prawdopodobnie) jedynym złotoryjaninem, który uczestniczył we wszystkich dotychczasowych złotoryjskich wigiliach w rynku (30 edycji). Mogę się pochwalić stałą ponadtrzydziestoletnią współpracą z Polskim Bractwem Kopaczy Złota oraz ze wszystkimi przedstawicielami złotoryjskiej kultury, rekreacji i sportu.
Gdyby burmistrz powiedział Panu: daję Ci dwa razy większe fundusze niż obecnie, to w co by Pan zainwestował?
Powiedziałbym, że dwa razy tyle to trochę mało, ale gdyby dał trzy razy więcej, to przede wszystkim remont kapitalny obiektu: dach, okna i drzwi, instalacje elektryczne, grzewcze i wodociągowe, poprawa stanu niektórych sal i pomieszczeń zajęciowych a także znaczne dosprzętowienie techniczne (nagłośnienie, oświetlenie sali widowiskowej). Coś mi się wydaje, że trzeba prosić o cztery razy więcej, aczkolwiek nie tylko burmistrza, bo również nasze ministerstwo oraz jego różne agendy. W sprawie infrastruktury ZOKu to już na 100% „czas na zmiany”.

A złotoryjanie tego potrzebują? Czy według pana złotoryjanie lubią kulturę? Chodzą do kina? Na spektakle? Koncerty?
Złotoryjanie są niezwykle aktywni w wielu dziedzinach kultury, nauki, sportu i rekreacji. Ostatnio zadzwoniła do mnie znajoma osoba z zagranicy z zapytaniem: „Co wy tam w tej kulturze robicie?” Odpowiadając na jej pytanie, wymieniłem tylko jakąś część naszych lokalnych działań, nie tylko tych zokowskich. Drugim jej pytaniem było: „Czy ty (czyli ja) na pewno mówisz o swoim mieście czy o Wrocławiu?” Stwierdziła, że tam u niej w dużej zagranicznej aglomeracji tyle się nie dzieje. Faktem jest, że okres covidowy „spustoszył” nas kulturalnie: zamknięte kina, domy kultury, teatry, filharmonie itd. itp. spowodowały stagnację kulturową. Trudno wracało się do aktywnego uczestnictwa w kulturze. Jest jednak już znacznie lepiej niż choćby 3 lata temu, co cieszy. Plusem natomiast jest to, że społeczeństwo bardzo zaktywizowało się rekreacyjne i sportowo. Tak więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Jest Pan niepoprawnym kociarzem, prawda? 😊 Ile kotów ma Pan w domu? Dlaczego akurat koty?
Tak, tak, tak jestem kociarzem chociaż od dzieciństwa w domu rodzinnym były psy maści podwórkowiec pospolity. Kot pierwszy to: Victor Gustav 4 ragdoll of Eulalie, tak miał w paszporcie, trafił się z zamówienia żony aż z czeskiej hodowli spod Pardubic. Było więc złożenie zamówienia, wizyta w hodowli, zapłacenie zaliczki, zakup, przewóz do domu. Podczas wypełniania przelewu w banku kilka razy pani darła czek albowiem zawsze coś źle wpisała. Scena jak z filmu o Franku Dolasie. Następnie były Coffi i Hesia, jako przyzwoitki dla GustaVa 4. Obecnie kotów mamy 5: hrabia Edi, synek mamusi i lizus Roki, inteligentna Frytka oraz sprytna Hachico (to Ragdolle) i weteranka ‘podwórkowa’ Coffi. Marzyło mi się 7, ale teraz przy 3 kuwetach łatwo nie jest: potrzeby biologiczne, karmienie, czesanie, zabawianie, wizyty weterynaryjne i tak „w koło Macieju”. Natomiast czasami tak się rozlokują strategicznie, że nie wiem, czy w ogóle w domu są koty. Cała przyjemność, jak się tulą i zagarniają całą przestrzeń łóżka i wszystkich mebli. Jak to mówią: „Życie bez kota to głupota”. Można powiedzieć, że dają czasami trochę złości, ale znacznie więcej radości.

Oj to prawda, bo sama mam w domu dwa kocury i wiem, jak potrafią wpleść nutkę – nazwijmy to – ekstrawagancji w ustabilizowane życie 😊 A wracając do Pana „legalnej kochanki”, czyli do ZOKu, proszę na koniec zdradzić, czym nas zaskoczy w najbliższym czasie ośrodek kultury?
Pomysłów jest kilka. Z tych najważniejszych to: 3 ciekawe letnie spacery złotoryjskie w tym jeden z „egzekucją” w tle pod złotoryjska szubienicą. W średniowieczu egzekucja to był dzisiejszy wielki festyn. Samo ścięcie skazańca to „wisienka na torcie”. Egzekucji średniowiecznej towarzyszyli: kramarze, trubadurzy, cyrkowcy, rzemieślnicy i oczywiście kat na szafocie. Mam nadzieję, że uda nam się przygotować taką imprezę i wprowadzić ją w kalendarz naszych wydarzeń. Ponadto zbliża się X edycja Dolnośląskiego Festiwalu Filmowego „Złoty samorodek”, tak więc czas na zacnych gości świata kina i filmu. Już do dziś, dwa tygodnie po ogłoszeni naboru filmów wpłynęło około 50 produkcji. Strach się bać, co będzie dalej. W tym roku przypada też 30. jubileuszowa Wigilia w Rynku. Jest pomysł na fajne kolędowanie. Od lat mam opracowaną złotoryjską grę planszową. Myślę, że już czas na jej wyprodukowanie. Działania zostały podjęte. Być może będzie ona ciekawym prezentem pod choinkę. Pożyjemy, zobaczymy.

Na zakończenie chciałbym serdecznie podziękować wszystkim swoim pracownikom, zarówno tym, z którymi pracowałem wcześniej, jak też tym obecnym przy mnie teraz. Tak czasem sobie myślę, że pracując ze mną, wyznają zasadę: „Cierp ciało, jakżeś chciało”. Gdyby nie oni, trudno byłoby mi się zaangażować tak bardzo w to, co robimy wspólnie.
Dziękuję serdecznie za możliwość wypowiedzi. Pozdrawiam całą redakcję Echa Złotoryi i Kapitułę CZZ.
A ja witam Pana oficjalnie w gronie tych, którzy za rok wybiorą Człowieka Ziemi Złotoryjskiej za rok 2025 😊
Ze Zbigniewem Gruszczyńskim
– Człowiekiem Ziemi Złotoryjskiej 2024
rozmawiała Iwona Pawłowska
