11 kwietnia 2026
1_081523209196b

Można mu zazdrościć wielu rzeczy, ale już sam fakt, że w wieku 82 lat jeździ nadal na rowerze, jest godny podziwu. Aż trudno uwierzyć, że jego pasja zrodziła się w czasie oglądania i słuchania transmisji z Wyścigu Pokoju. Ta kultowa niegdyś impreza fascynowała wielu. Mnie także. Ale trudno znaleźć kogoś, kto tak, jak Pan Marian Mróz, został oczarowany na resztę życia. Brał udział w niezliczonej ilości wyścigów, z wielu z nich wracał z trofeami. Można sobie to wyobrazić patrząc na jego regał z pucharami i medalami. A jak to wszystko się zaczęło, opowie sam.


Urodziłem się w roku 1943,w miejscowości Brzyna, w powiecie nowosądeckim. Rodzice pracowali w fabryce mebli giętych. Właścicielem fabryki był Żyd, niejaki Pan Aber, ale zarządzał nią Niemiec. Kiedy wybuchła wojna, właściciel w niejasnych okolicznościach zaginął. Natomiast zarządcę, który przez całą niemal wojnę dbał o fabrykę, zabili partyzanci. Za tę śmierć życie oddało 60 Polaków. Zupełnie niepotrzebna tragedia, bo zarządca był dobrym człowiekiem. Po wojnie fabryka, rozszabrowana i podpalona przez Rosjan, przestała istnieć.
Niestety, w górach gospodarstwa są bardzo ubogie i ojcowizna, na którą składało się kilka mórg, nie była w stanie wyżywić rodziny. Wielu ludzi podjęło decyzję o wyjeździe na zachód. Do wyjazdu za chlebem zachęcali nawet księża w kościołach. Moi rodzice również zdecydowali się wyjechać. Dolny Śląsk czekał. Trochę to trwało, zanim podjęli ostateczną decyzję, by definitywnie zdecydować się w 1947 roku.
Jechaliśmy przez 2 tygodnie, niczym bohaterowie filmu „Sami swoi”, w bydlęcym wagonie, w którym znajdował się cały dobytek łącznie z krową. Pewne fragmenty tej podróży pamiętam. Kiedy pociąg stał w polu dostatecznie długo, rozpalano piecyki i przygotowywano jedzenie.
Przyjechaliśmy do Złotoryi, a Państwowy Urząd Repatriacyjny skierował nas do Rzymówki. Gospodarstwo, które objęliśmy, było ostatnim, jakie we wsi pozostało. Wszystko, co się dało, wcześniej zostało wyszabrowane, łącznie z drzwiami i okiennicami. Przez kilka pierwszych dni spaliśmy u sołtysa. Pole, należące przed wojną do naszego nowego domu, leżało odłogiem. Nawet nie wiem, kiedy ostatni raz przedtem było obsiane. Potrzeba było dużo ciężkiej pracy, by doprowadzić je do ładu. Konia niestety nie mieliśmy. Moje siostry chodziły pracować u innych gospodarzy. Za wypożyczenie konia na jakiś czas trzeba było tyle samo czasu odpracować.


W miarę upływu czasu wiodło nam się coraz lepiej. W 1948 roku urodził się mój młodszy brat. Odtąd było nas już pięcioro. Kiedy skończyłem 7 lat, rozpocząłem naukę. We wsi była wówczas szkoła czteroklasowa. Uczyliśmy się na zmiany. Starsze klasy miały zajęcia rano, a młodsze po południu. Kiedy doszedłem do klasy 5, nie musiałem zmieniać szkoły, bo ją rozszerzono. Ale w klasie 6 zdecydowano, że dzieci z Wysocka pójdą do Rokitnicy, a my do Wilczyc. Ponieważ nie było czym dojeżdżać, chodziliśmy pieszo około 4 kilometry. Później rodzice kupili mi mój pierwszy rower. Siódmą klasę szkoły podstawowej kończyłem już w Rzymówce, bo została już tu utworzona. Do klasy 7 chodziło pięcioro dzieci.


Moja fascynacja kolarstwem miała swój początek w kibicowaniu polskim kolarzom w Wyścigu Pokoju, począwszy od 1956 roku, kiedy to wyścig wygrał Stanisław Królak. Natychmiast został moim idolem. Właśnie wtedy postanowiłem, że będę kolarzem, i temu postanowieniu jestem wierny do dzisiaj. Rodzice kupili mi lepszy rower, który mimo że używany, kosztował tyle co nowy, bo nowego po prostu nie dało się kupić bez talonu. Na kolejny zapracowałem już sam, zatrudniając się jako pracownik młodociany w PGR. Po roku odłożyłem 2 200 złotych. W sam raz, by kupić czeskiego Favorita.
Jeszcze przed wojskiem jeździłem w klubie LZS Złotoryja i brałem udział w zawodach. Pierwszy poważniejszy sukces odniosłem w Pucharze ZMS Dolnego Śląska w Trzebnicy. W tamtym czasie na imprezy jeździło się pociągiem. Do dziś żałuję, że nie wygrałem, choć wygrana leżała w moim zasięgu. Jadąc pod górę straciłem dużo sił, podczas gdy moi rywale po prostu podbiegli i to nie był jeszcze największy błąd. Na szczycie wzniesienia po prostu na nich poczekałem. Z pięcioosobowej ucieczki finiszowałem jako trzeci. Innym razem brałem udział w wyścigu w Chojnowie. Wtedy wygrał Ryszard Szurkowski i za zwycięstwo otrzymał buty kolarskie, ale sam fakt, że się z nim ścigałem, do dziś poczytuję sobie za zaszczyt.


Zanim wzięli mnie do wojska, „dojechałem” do licencji IV klasy. Wówczas nie zależało to wyłącznie od wieku. Aby awansować, trzeba było mieć wyniki. W jednostce było nas trzech kolarzy, ale nie puszczano nas na wyścigi. Kiedy wróciłem z wojsku spotkało mnie rozczarowanie. W domu nie odnalazłem roweru. Podejrzewałem, że brat zapodział gdzieś na wiejskiej zabawie, ale ten szedł w zaparte i mówił, że ukradli. Jednym słowem – roweru nie miałem, i pieniędzy na nowy również. Rok później, w 1966 roku, ożeniłem się, i jak to zwykle bywa pojawiły się inne konieczne wydatki. Na rower póki co nie starczało, a jeździć chciałem. Na szczęście, z czasem się dorabialiśmy i przyszedł czas na dobry rower.
Startowałem w wielu wyścigach i z upływem czasu, gdy stawałem się coraz starszy, zdałem sobie sprawę, że moi rywale są młodsi i sprawniejsi. Pomyślałem wówczas, że skoro w piłce nożnej jest kategoria oldboy, to w kolarstwie również powinna taka być. Od słowa do czynu. W 1977 roku, zorganizowano w Legnicy nieoficjalne mistrzostwa Polski w tej kategorii. Start był obok radzieckich wówczas koszar na ulicy Złotoryjskiej. Dystans 100 kilometrów przez Rokitnicę, Sichów, Pomocne. Jechałem wówczas na rowerze pożyczonym z klubu syna. W Sichowie urwała mi się linka od przedniego suportu i  górę w Stanisławowie musiałem pokonać na dużej tarczy. Wyścig składał się z trzech okrążeń. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy jury przedstawiało wyniki. Rzekomo, drugie miejsce zajął zawodnik o przezwisku Amal, a ja zająłem miejsce trzecie. Kilku zawodników złożyło protest, bo byli pewni, że kolega był owszem drugi na mecie, ale po pokonaniu dwóch z trzech okrążeń. Został zdyskwalifikowany i w ten sposób zostałem wicemistrzem Polski. A kolega Amal? No cóż, on miał inne priorytety. Często zdarzało się, że po skończonym wyścigu prosił o czysty, niewypisany dyplom. W domu sam sobie wpisywał miejsce.


Po tych mistrzostwach żona dała mi pieniądze na nowy rower. Czasy były takie, że w sklepie tak po prostu roweru kupić nie można było. Dostałem z klubu Legrol zaświadczenie, że kupuję ten rower dla klubu, a z klubem miałem taką umowę, że od nich go odkupię. Chcąc nie chcąc, wsiadłem w pociąg i pojechałem do fabrycznego sklepu Romet w Bydgoszczy. Szczęśliwy wróciłem z tym nowym zakupem do Kozowa, ale już w drodze ze stacji kolejowej rower się zepsuł. Miseczki w suporcie się rozkręciły, łańcuch spadł, przerzutka wpadła w szprychy i w konsekwencji nie dało się dalej jechać. Cóż było robić. Wsiadłem w pociąg i znów pojechałem do Bydgoszczy. W sklepie nie uznali mi reklamacji i odesłali bezpośrednio do fabryki. Z dużą opieszałością fabryczny mechanik wziął się do pracy oznajmiając mi, że to będzie trochę trwało. Musiałem przemówić mu do kieszeni, żeby w ogóle chciał coś zrobić. To znaczy nie zrobił nic, tylko przyniósł mi nową ramę. Tak więc, żeby mieć w miarę dobry rower musiałem osobiście odbyć dwukrotną podróż do Bydgoszczy. Ale bardzo chciałem znów zacząć jeździć i nie był to nad wyraz duży koszt. Gorzej, że uprawianie sportu wiąże się z ciągłą nieobecnością w domu, a to nie zawsze podobało się żonie. Wystarczy spojrzeć na moją ściankę z pucharami, żeby sobie wyobrazić, ile to kosztowało czasu i trudu, a przecież nie z każdego startu przywoziłem medale. Niemniej, aby osiągać wyniki, same treningi także muszą być na odpowiednim poziomie. Często mój zwyczajny trening, to trasa do Karpacza, Przesieki, czy Jeleniej Góry. A jak już dojeżdżaliśmy do Karpacza, to żal było nie wejść na Śnieżkę.


Jadąc z góry z „kapeli”, żadne auto nie było w stanie nas wyprzedzić. Największą prędkość, około 70 km/h, osiągnąłem w Krynicy Zdrój jadąc z tzw. krzyżówki. Niewiele mniej w Chęcinach, ale tam doszło do kraksy – na szczęście, wyszedłem z niej bez większego szwanku. Miało to miejsce w czasie zjazdu przy ruinach zamku. Jeden z zawodników, który stracił dużo przy podjeździe, chciał nadrobić przy zjeździe. Kiedy jedzie się z góry, trzeba zachować odstępy, bo droga hamowania jest znacznie dłuższa. Kolega na zakręcie nie był w stanie się złożyć i wjechał na wprost w krzaki. Rower się od nich odbił i wrócił na jezdnię, pod moje przednie koło. Mój rower bardzo ucierpiał, a ja byłem cały poobdzierany. Dotąd nie byłem przesądny, ale ponieważ stało się to 13 maja, nigdy więcej nie brałem udziału w zawodach, które odbywały się trzynastego. Zresztą w drodze powrotnej straciliśmy przednią szybę w samochodzie i popsuł się aparat zapłonowy, i to tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu.


Startowałem również w Głogowie, w zawodach duatlonowych, czyli niepełnym triatlonie, na które składało się 5 kilometrów biegu, 21 kilometrów jazdy rowerem i ponownie 2,5 kilometra biegu. Bieg to nie była moja najsilniejsza strona. Po pierwszej rundzie w boksie stały tylko dwa rowery. Reszta zawodników była już na trasie. Ale na rowerze nadrobiłem na tyle, że skończyłem na podium. Niemniej, idea łączenia dyscyplin mnie nie przekonała, bo albo jesteś biegaczem, albo kolarzem.


Kiedy moi synowie, Jacek i Lucjan, byli już w wieku juniorskim, chciałem, żeby poszli w moje ślady. Zostali zawodnikami klubu Legrol w Legnicy. Szczególnie Jacek był dobrze zapowiadającym się zawodnikiem. Ale zapału starczyło tylko do starszego juniora. Na szczęście dziś jest bardzo aktywny fizycznie. Biega maratony, nie wyłączając tych ekstremalnych. Treningi synów skłoniły mnie do założenia klubu kolarskiego z prawdziwego zdarzenia. Tak powstał KKS Moto Mróz Rzymówka. Było nas kilku starszych zawodników, a oprócz tego trenowałem młodzież. Mój wychowanek Wojciech Podobiński jeździł w dwóch grupach zawodowych w Polsce, a następnie we Francji, był też powoływany do kadry narodowej. Niestety, funkcjonowanie klubu kosztuje. Z Urzędu Gminy dostawaliśmy roczną dotację w wysokości 5000 zł i to był jedyny nasz przychód. Same koszty administracyjne pożerały większą część tej kwoty. Z bólem serca musiałem zrezygnować ze szkolenia młodzieży, pozostawiając grupę oldboyów, która z czasem skurczyła się do dwóch osób. W tym roku świętujemy 25-lecie.


Dziś nadal jeżdżę, ale głównie dla zdrowia. Kiedyś jeździłem po całej Polsce, startowałem za granicą. W Austrii brałem udział w różnych wyścigach kilkanaście razy. Moje najlepsze miejsce w Pucharze Austrii to 14.
Mogę powiedzieć, że miałem dobre życie. Wychowaliśmy z żoną pięcioro dzieci. Nie raz słyszeliśmy o tym, że jesteśmy zacofani, bo mamy ich tak dużo – ale to moje dzieci pracują dziś na emerytury tych, którzy tak mówili.


✎ Andrzej Wojciechowski

About The Author