14 marca 2026
Zdjęcie WhatsApp 2025-06-25 o 09.11.55_26b5254a_110823-bb

Robert Pawłowski: Kiedy pierwszy raz ojciec Bogdan Koczor przyjechał do Złotoryi?


Ojciec Bogdan Koczor: Po raz pierwszy przyjechałem tutaj w lutym 2014 roku.
Czyli już po tym, jak się ojciec dowiedział, że obejmie…
Nie. Dowiedziałem się od prowincjała – ojca Alana, że chcemy jako prowincja objąć nową placówkę, nowy klasztor, nową parafię w diecezji legnickiej, gdzie nas jeszcze nie było wtedy. I prowincjał mówi: Pojedź do Złotoryi i zobacz, jak to tam wygląda. I przyjechałem tu w lutym, zupełnie incognito. I popatrzyłem na zamknięty kościół, na budynek klasztoru, który był w dosyć słabej kondycji. Pierwsze, co mnie uderzyło, to wszechobecna stęchlizna. Pomyślałem wtedy, że trzeba będzie to porządnie przewietrzyć.

Nigdzie się nie dostałem. Wszystko było pozamykane. Drzwi na pierwsze piętro były zamknięte, nikogo nie było w domu. Dzwoniłem różnymi przyciskami, nikt mi nie otwierał. Tak sobie pomyślałem: No ładnie. Obszedłem cały dom, ogród, zobaczyłem dwie szopy, kurnik, wróciłem do Borek, stąd 300 km. Pomyślałem sobie: Na pewno tego nie weźmiemy. Na pewno tego nie weźmiemy. Ale musiałem zdać relację prowincjałowi. Opisałem mu to raczej w takich czarnych kolorach, a on mówi: No, muszę tam pojechać, zobaczyć, jak to wygląda na własne oczy.
To było moje pierwsze spotkanie ze Złotoryją. Potem już pojechałem po rozmowie telefonicznej z księdzem Prałatem Marianem Sobczykiem. Przyjechałem w maju, przyjął mnie na herbacie, zjadłem obiad, obejrzałem sobie klasztor od środka. Wtedy to jeszcze wszystko funkcjonowało jako plebania. Na plebanii było wtedy trzech księży i pani gospodyni. To był maj 2014. No, ale to już wtedy na to spotkanie wziąłem sobie parę rzeczy, które chciałem przewieźć za jednym razem, a bezpośrednio przyszedłem tutaj w połowie czerwca 2014 roku, żeby już zamieszkać tutaj i od tego czasu jestem do dzisiaj.

Jest ojciec Ślązakiem…

Co widać, słychać i czuć.

I jakie było wrażenie Ślązaka, który przyjechał w takie środowisko Dolnoślązaków? Bo nie da się ukryć, że Dolnoślązacy trochę się różnią od Ślązaków, tak samo jak od Wielkopolan czy Mazowszan.

Dobre pytanie. Ale ja już to przerabiałem gdzie indziej. Przerabiałem bycie Ślązakiem na Śląsku. Jestem Ślązakiem z Raciborza. I kiedy przyszedłem na górę Świętej Anny, gdzie to jest naprawdę Centrum Kulturalne Śląska, symbol śląskości, i tam zostałem proboszczem, mając 31 lat, pomyślałem, że jestem u siebie. Ślązak na Śląsku. I myślałem, że to będzie mój największy argument, że przecież jestem swój, u swoich. I tam zacząłem dopiero rozumieć, że to, co ja mam wkodowane jako śląskość, to wcale nie jest już dzisiaj tym samym na Śląsku.

Kiedy tu przyjechałem do Złotoryi, kilkakrotnie podkreślałem, że jestem Ślązakiem, że pochodzę ze Śląska. Ale w żadnym miejscu nie spotkało się to z jakąś kontrakcją. Nikt mi tego nie zarzucał, nie wypominał. Często śmialiśmy się, że ja jestem z Górnego Śląska, a tu jest Dolny Śląsk, ale nie odbierałem jakoś inaczej tych ludzi. Być może ta nauka z Góry Świętej Anny mi pomogła, że nie jesteśmy innymi ludźmi, że więcej nas łączy, niż dzieli. Takie cechy, które się kiedyś przypisywało danej nacji, dzisiaj się bardzo zatarły. I gdybym miał przeciwstawić cechy Górnoślązaka Dolnoślązakowi, to myślę, że popełniłbym wiele błędów. Nie szukałem tego, co może nas dzielić. Myślę, że brałem ludzi…, tak jak przyszli. Ostatnie kryterium, które mi do głowy przyszło, to kryterium przynależności etnicznej.

Moje pytanie wzięło się stąd, że będąc na studiach w Poznaniu, doznałem szoku kulturowego. Inne wartości, inne podejście do życia, do otaczającej nas rzeczywistości.

Gdybym szedł tym tokiem, to mógłbym powiedzieć o starszych ludziach, którzy tutaj są zadbani w domu. Natomiast na Górnym Śląsku starsi ludzie są samotni. Bo najczęściej młodzi powyjeżdżali do Niemiec albo w ogóle na Zachód. Powyjeżdżali tam i tam ułożyli sobie życie, a rodzice są samotni. Rodzice mają duże domy, które kiedyś pobudowali dla całej rodziny, dla wszystkich dzieci i te domy, duże, piękne, zadbane, bo jeszcze dotowane z zachodu, są puste. I to bym bardziej tak przeciwstawił.

Pierwszym probostwem, które ojciec objął było to na Górze Świętej Anny?

Tak. Potem jeszcze byłem w Krynicznie koło Wrocławia, między Wrocławiem a Trzebnicą. Tu jest moje trzecie probostwo.

I z każdym z tych miejsc z pewnością wiązał się ojciec uczuciowo, mentalnie. Więc dzisiaj, w obliczu kolejnej zmiany, to nie jest to nic nowego.

Myślałem o tym w takich kategoriach dojrzewania. Ja byłem święcony w 1986 roku, więc kawał czasu temu i w zupełnie innej konfiguracji politycznej. Pierwsze pięć lat byłem wikarym we Wrocławiu. Na potężnej 42-tysięcznej parafii było nas czterech wikarych i proboszcz. Proboszcz, który zarządzał wikarymi, a każdy z nas miał dużo zajęć, dużo lekcji religii, dużo spotkań z młodzieżą, z dziećmi. Byłem jeszcze duszpasterzem akademickim. I po pięciu latach poszedłem na Górę Świętej Anny. Byłem najmłodszym proboszczem w diecezji. Miałem 31 lat. Zostałem proboszczem na bardzo tradycyjnej parafii. Na śląskiej parafii, gdzie ustępujący proboszcz miał wówczas 64 lata. Mógłby być moim dziadkiem, ale pięknie mnie wprowadził w cały ten klimat Góry Świętej Anny, który doskonale czuł. To był ojciec Teofil. I nie tylko wprowadził mnie w ten klimat, ale pokazał mi, na czym polega być proboszczem. I u niego się uczyłem. Wydawało mi się wtedy, że ode mnie wszystko zależy. Że ja tu wszystkich nawrócę, że ja tu wszystko zrobię. Przecież mam taki power, wszystko ogarniam.
Przez pierwsze 5 lat to mi się wydawało w ogóle, że ludzie za powoli chodzą. Ja wszystko chciałem szybciej, No, ale wielu starszych mieszkańców mówiło: Spokojnie, spokojnie, niech ojciec wyhamuje. Ja jeszcze leciałem takim rozpędem Wrocławia, gdzie to wszystko szło w zupełnie innym tempie. I tak po 5 latach zacząłem się przyglądać już tej pracy mojej inaczej, ale to było pionierskie. W sumie te 12 lat to było pionierskie. Potem stamtąd poszedłem do zupełnie innej parafii, do Kryniczna koło Wrocławia, gdzie było 5 wiosek, 5 sołectw, 5 rad sołeckich, 5 sołtysów. Do tego jeszcze Rada Parafialna. To wszystko trzeba było ogarnąć. I w pewnym momencie stałem się takim sołtysem sołtysów. I oni mnie bardzo poważali tam jako młodego człowieka, który objął parafię, którą trzeba scalić, bo to było 5 osobnych wiosek. I wtedy zadaniem, które sobie postawiłem, było scalenie ich wszystkich razem, żebyśmy byli parafią złożoną z 5 wiosek. I na to poświęciłem 9 lat. I wydaje mi się, że to się udało zrobić, bo ci ludzie, obojętnie, z której wioski – już mówili, że są z parafii Kryniczno.
I to był czas, kiedy byłem młody, pełen energii taki 40-50-latek. W tym wieku człowiek ma dużo ognia. I tak mi się wydawało, że umiem to wykorzystać. No i po 9 latach bycia proboszczem, prowincjał mówi: No, dziękujemy bardzo, pójdziesz do Borek Wielkich. I pomyślałem sobie: Wszystko w życiu, brałem pod uwagę, wszystkie klasztory, wszystkie możliwości, wszystkie warianty oprócz Borek Wielkich, bo w pewnym momencie sobie uświadomiłem, że w Borkach Wielkich… to ja będę szedł z takim dużym brzuchem, z brewiarzem… Będę szedł środkiem drogi w Borkach Wielkich i ludzie mi będą mówić szczęść Boże, szczęść Boże. Taki miałem obraz tego księdza, który tam jest, tego ojca – takiego starego, który chodzi po chodniku albo środkiem drogi. Nikomu to nie przeszkadza w Borkach i odmawia brewiarz, i taki to będzie czas. I czułem się tak, jakby mnie ktoś wyrzucił z szybko jadącego samochodu – a teraz pójdziesz pieszo. To był szok. Ja nie wiedziałem, co mam robić w tych Borkach, bo nagle się okazało, że to wszystko, co miałem wpisane w moje obowiązki, to tam było prośbą Gwardiana. Czy mógłbyś, czy chciałbyś, czy zrobiłbyś to? Dla mnie to było wszystko oczywiste. Ja przecież to zawsze robiłem. Nikt mnie nigdy o to nie prosił. Ja to wszystko musiałem zrobić niezależnie od tego, czy mi się chciało, czy nie chciało. I ta sytuacja, że Gwardian mnie o coś prosił, on czasami pukał do moich drzwi, otwierał i mówił: Słuchaj, a ja mówię: Tak, tak, tak, oczywiście, jak najbardziej – już to robię.
W tym czasie poszedłem na studia i zrobiłem magisterkę, zrobiłem studia podyplomowe o rodzinie, bo miałem dwa lata do dyspozycji. I potem przyszła era Złotoryi. I tak sobie myślę dzisiaj, już na jakimś tam zmierzchu tego mojego pobytu tutaj, że tu te wszystkie doświadczenia mojego życia mogłem naprawdę wykorzystać. I to moje proboszczowanie tutaj było dojrzałe.

No właśnie, bo franciszkanie przybyli tutaj do Złotoryi, gdzie środowisko kościelne było mocno podzielone, co widziały również osoby niezwiązane z kościołem. I pamiętam, że była taka nadzieja, że będzie coś nowego, co scali to środowisko. Czy był ojciec wówczas świadom tej sytuacji?

Nie. Może nie zupełnie nieświadomy, ale widziałem zupełne nieprzygotowanie parafii na to, że my tu przyjdziemy. Ludzie w ogóle nie wiedzieli, co my są za jedni, kim jesteśmy i co to w ogóle są franciszkanie. W ogóle tego nie znali.
Sam ks. Prałat w ogóle myślał, że to jacyś braciszkowie przyjdą, którzy będą chodzili ze złożonymi rączkami po korytarzach. I nie wiadomo, z czego będą żyli. I on też nie przewidywał, że my tu przyjdziemy jako kapłani, jako księża. I Prałat był taki… ostrożny, ale szybko mi się go udało przekonać. Nawiązaliśmy taką nić sympatii, może jeszcze nie przyjaźni, ale taką nić sympatii. I on poczuł, że ja nie przyszedłem go tu wygryźć. On mi wiele nie przekazał, bo wielu rzeczy już nie ogarniał. Kancelarii nie ogarniał oraz wielu rzeczy parafialnych. Ale wtedy sobie pomyślałem, że to moje doświadczenie proboszcza wykorzystam tutaj.
Ja widziałem, jaka jest sytuacja po frekwencji niedzielnej. Widziałem, że w kościele jest mega mało ludzi. Pomyślałem sobie: Pięć tysięcy ludzi, to ja w Krynicznie, gdzie miałem pięć tysięcy ludzi, miałem dziesięć razy tyle ludzi w kościele. A tu jest… kilkanaście albo kilkadziesiąt osób w niedzielę na mszy. To mnie przerażało. Pomyślałem sobie, że to jest jakiś wyraz czegoś większego. I pierwszymi moimi działaniami było, żeby tych ludzi jakoś zjednoczyć, zebrać, skupić koło tego klasztoru. Dlatego powiedziałem: Przyjdźcie, będziemy czyścić okna. Będziemy je drapać, opalać… To były takie może i chaotyczne rzeczy, ale zależało mi na tym, żeby ci ludzie przyszli. Potem w czasie tego opalania ktoś nam ukradł trzy opalarki, jakieś takie narzędzia do zeskrobywania tej farby. Ja byłem w szoku, że to ktoś ukradł. I zrobiłem ogłoszenie na zasadzie: Stała się rzecz straszna, zostaliśmy okradzeni. Ukradli nam te rzeczy, którymi czyściliśmy okna. Za moment mieliśmy 5 opalarek, 10 narzędzi do skrobania i ludzi, którzy przychodzili i chcieli pracować.

Czasami coś złego przekształca się w coś… dobrego.

Tak, W tym momencie tak to było, ale zależało mi na tym, żeby ci ludzie przyszli. Ja mówię: Tu nie mam nic do zaoferowania, oprócz siebie. I wtedy jakoś tak też do mnie doszło, że wartością, która tu jest, to jesteśmy my, że my też możemy z tymi ludźmi porozmawiać. Pamiętam ojca Norberta, kiedy jeszcze był zdrowy. On zawsze podchodził, jak były dzieci i je błogosławił. Zaglądał do wózka, krzyżyki, robił. Te dzieci lgnęły do niego. Wszędzie tam, gdzie był Norbert, było pełno dzieci.
Potem zaczęliśmy otwierać ten nasz klasztor, pokazywać go w środku, zaczęliśmy tworzyć jakieś wspólne imprezy. Tak pojawił się Jarmark Bożonarodzeniowy, były imprezy w ogrodzie, dożynki parafialne. Nagle się okazało, że ten ogród też ma jakąś swoją… moc i można tam do niego przyjść… I tak powoli, powoli zacząłem tworzyć takie zręby wspólnoty parafialnej.

Przy klasztorze widzę wielu ludzi z innych parafii. Co jest taką siłą, przyciągającą do franciszkanów?

Ja to sobie tłumaczę tym, że jesteśmy zakonnikami, że żyjemy we wspólnocie, że mamy klasztor, że tworzymy jakąś zwartą, silną grupę. To powoduje, że ludzie widzą, że w tym jest oparcie, że my sami stanowimy jakąś siłę. Na pewno też zdecydowały takie cechy osobowe – to, że wychodziliśmy do ludzi. Ja nigdy nie bałem się ludzi, zawsze ludzi lubiłem i lubię. Nie miałem nigdy oporu przed wychodzeniem do ludzi, nigdy się przed nimi nie chowałem. Nie chcę używać górnolotnych określeń, ale ja zawsze chciałem być z ludźmi. Oni mi byli potrzebni jak tlen. Po to, żeby coś robić, chciałem, żeby ci ludzie byli. Ja nie mam dwóch lewych rąk do pracy, ale bardzo lubiłem do tej pracy zapraszać innych. Bardzo chciałem, żeby takie rzeczy, które mógłbym zrobić sam, żebyśmy to zrobili w grupie. I po latach widzę, że ci, którzy są bardziej przywiązani do tej wspólnoty, to są ci, od których kiedyś czegoś wymagałem, których do czegoś zaprosiłem, których o coś poprosiłem, nawet o ciężką pracę, o wykonanie jakiejś roboty, która ich kosztowała fizycznie i finansowo, to oni dzisiaj mówią: Dziękuję ojcze, że mi to wtedy zleciłeś, że mogłem pomóc itd.


Ludzie poczuli się potrzebni wspólnocie.

Tak.

Myślę, że to jest jedna właśnie z takich zasług braci franciszkanów, że pokazali, że jest jakaś wspólnota, że są jakieś cele do zrealizowania, że można te cele realizować razem.

I zaczęliśmy to robić. Ja też mam taką… cechę, że lubię mówić wprost: Słuchajcie, musimy to zrobić. Potrzebuję na dzisiaj 20 ludzi albo na sobotę – przyjdźcie, zrobimy to czy tamto. I tak było. Przychodzili pomóc na ogrodzie. Bardzo dużo razy trafiałem na ludzi, którzy przychodzili i mówili: Proszę ojca, jest coś do zrobienia? Jak się ma taką grupę ludzi, którzy chcą coś zrobić, wtedy samemu chce się pracować.

Czy to odbiegało w jakiś sposób od doświadczeń na Górze Świętej Anny albo w Borkach?

Nie, nie. Tam też byli tacy ludzie, którzy, jeżeli było, przychodzili i pomagali.

Wszędzie są ludzie, którzy chcą pomagać.

Tak, ale nie wszędzie są środowiska, które tych ludzi uaktywnią. Na Górze Świętej Anny grabiliśmy liście z 40 hektarów. Co roku grabiliśmy liście z takiego potężnego obszaru. Robili to ludzie z parafii. Przychodzili. Jedyną zapłatą była kawa i jakieś bułki, które były do przegryzienia. I zawsze byli ludzie. Sprzątaliśmy to, bo proboszcz też sprzątał. Bo proboszcz tam był z nimi. I to było bardzo ważne. Ja wiedziałem, że jak ja się tam zwolnię, bo pogrzeb, bo muszę, to oni zaraz też musieli coś innego mieli do roboty. Ale jak był proboszcz, to się chciało, przychodzili i myślę, że tu i wszędzie indziej jest podobnie, że jeżeli ten ktoś, kto zaprasza, jest też z nimi, to to jest rzecz najważniejsza. Tak się tworzy wspólnotę.

A ta sfera pracy z ludźmi w potrzebie, borykającymi się z uzależnieniami? Widziałem, że to jest bardzo istotne dla ojca. Skąd to się wzięło?

Pewnie można powiedzieć z przypadku, ale może i niekoniecznie z całkowitego przypadku. Jak byłem na Górze Świętej Anny, to rozpocząłem pracę taką bardzo konkretną z osobami uzależnionymi od alkoholu, którzy pewnego dnia przyszli do kancelarii i poprosili, żeby ktoś dla nich odprawił mszę. To było pięciu mężczyzn i ksiądz – opiekun tej grupy. Ja sobie wtedy pomyślałem: Pijaków mi tu jeszcze trzeba? To już ostatnia rzecz, o której bym pomyślał. Ja w ogóle nie miałem pojęcia o istnieniu grup anonimowych alkoholików, o problemach trzeźwościowych. Nigdy się z tym nie zetknąłem. Na Górze Świętej Anny po raz pierwszy ktoś w ten sposób przyszedł i to zaanonsował. I dzwonię do Gwardiana i mówię: Słuchaj, tutaj są tacy, ludzie, prosili o to, żeby ktoś mszę dla nich odprawił. A on mówi: Odpraw. I tak z totalnego biegu zostałem do tego wciągnięty i robię to 32 lata. To jest jedna z cech mojego kapłaństwa. Od początku, aż do dzisiaj – 32 lata zajmuję się osobami uzależnionymi i wydaje mi się, że mam do nich dojście, że potrafię się z nimi doporozumieć, że potrafię z nimi rozmawiać, wysłuchać, otworzyć, ale też ich zamknąć, kiedy trzeba. Przez te 32 lata miałem tyle z nimi spotkań i rozmów, doświadczeń, że to też mnie jakoś ukształtowało jako kapłana i proboszcza. Chciałem to również realizować tu w Złotoryi. Środowisko było dosyć hermetyczne, ale się okazało, że tutaj są anonimowi alkoholicy, którzy jeździli przed laty na Górę Świętej Anny. I to było jedno z pierwszych spotkań. Przez to było mi łatwiej dotrzeć do tych środowisk tutaj się przebić. I chyba powstała taka fama, że tutaj w klasztorze jest ojciec Bogdan, że jeżeli ktoś chciałby porozmawiać, uzyskać jakąś pomoc, może się z nim skontaktować. To na początku miałem taką chęć, żeby w trzecią środę miesiąca zorganizować msze dla osób uzależnionych. Szukałem jakiegoś kontaktu w Klubie Relaks. Ale Relaks był nastawiony na inny odbiór tych problemów trzeźwościowych. Chodziłem na grupę u Józefa na Kopaczu. Ale oni żyli już swoim tempem, swoim życiem, swoimi mityngami i tak pomyślałem sobie tutaj w tym miejscu, gdzie siedzimy, że to będzie taki pokój zwierzeń. Tu, gdzie siedzisz na tym miejscu, tu siedziało wielu ludzi, a ja zawsze po tej stronie. I najpierw rozmawiałem z nimi. Wielu, wielu ludzi, myślę, że dziesiątki ludzi, skierowałem na leczenie. Bo taki zawsze był mój tryb postępowania, że musi być dalszy krok – leczenie. Nie żadne tam pitu-pitu. Leczenie i doprowadzałem do tego, żeby ten człowiek szedł na leczenie. Natomiast też w tym miejscu, tu, gdzie siedzimy, powstał taki punkt wsparcia dla osób z problemami rodzinnymi, dla rodzin w kryzysie. To udało mi się zrobić z panią Danutą Starzec z Radia Opole i z Radia DOX-a z Opola. Dużo pomogliśmy ludziom, bardzo dużo. Gdyby nie pandemia, to myślę, że to by jeszcze trwało do dzisiaj. I to przynosiło rezultaty. Po pierwsze, kontaktowość pani Danuty w relacji z tymi ludźmi była super. Ona ich motywowała do działania, do pracy, do szukania rozwiązania. Wielokrotnie wracali, radzili się, szukali razem jakiegoś rozwiązania. To trwało chyba 3 lata, aż do momentu pandemii. Po pandemii próbowaliśmy to wskrzesić i nie dało się. W międzyczasie w Złotoryi również powstało wiele takich punktów pomocy rodzinie albo pomocy psychologicznej, dlatego ten punkt pomocy dla rodzin w kryzysie po prostu umarł śmiercią naturalną. Ale w tygodniu mam 2-3 spotkania z ludźmi, którzy przychodzą właśnie tu, żeby porozmawiać. Porozmawiać z księdzem. Porozmawiać z osobą, która zajmuje się też problemami alkoholowymi, narkotykowymi albo rodzinnymi.

Zauważyłem, że w relacjach z osobami uzależnionymi to jest taka raczej krótka piłka. Stawia ojciec sprawy wprost.

Bo ja mam doświadczenie. To doświadczenie jest tutaj moją siłą, moim argumentem. Ja mogę powiedzieć alkoholikowi: Ja wiem, o czym ty mówisz, ale to co mówisz, nic ci nie pomoże. Musisz przyjąć inną argumentację, musisz zobaczyć, że świat się składa z zupełnie innych pomysłów niż to, co ty masz.
Miałem wiele spotkań po latach z ludźmi, którzy kiedyś przyszli do mnie ze swoim problemem. Kilka dni temu podchodzi do mnie człowiek i mówi: Ojciec mi uratował życie. Ja mówię: O co chodzi? A on: 10 lat temu byłem u ojca na rozmowie, 10 lat temu rozmawialiśmy w kancelarii i ojciec wtedy powiedział mi takie rzeczy, które sobie wziąłem do serca. Byłem uzależniony od alkoholu i od narkotyków. Jeszcze dwa, albo trzy razy zapiłem po tej rozmowie, a dzisiaj 9 lat jestem trzeźwy i naprawiłem moją rodzinę, mój dom, moje życie – po tamtej rozmowie.
Tak sobie pomyślałem, że na pewno wiele jest takich sytuacji, które nawet gdzieś tam, poza moją świadomością istnieją, a które komuś pomogły rozwiązać może i sprawę życia.
Przyszliście do, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt dobrze wyglądającego klasztoru. Kosztowało to was wiele pracy. Później była pandemia, byli Ukraińcy. To jak na 10 lat trochę dużo?
Tutaj trzeba rozgraniczyć jakby dwa piony. Jest klasztor i jest parafia. Ja jestem od parafii i to, co mogłem zrobić z ludźmi, to ja ich angażowałem do tego, albo oni nawet mnie angażowali do tego samego.
Pomoc Ukraińcom wyszła z potrzeby serca. Skrzyknęliśmy się w ciągu paru godzin – że trzeba to zrobić. I nagle się okazało, że jest kilkudziesięciu ludzi chętnych do pomocy, gotowych, żeby coś zacząć robić. Nie mieliśmy doświadczenia żadnego. Musieliśmy to wszystko wymyślić, zrobić taki punkt. Stworzyła się grupa fajnych ludzi, którzy chcieli coś zrobić. I to było takie proste. Uważałem, że to jest też część mojej pracy, mojego kapłaństwa, mojego bycia proboszczem właśnie w takiej sytuacji ekstremalnej.
Pandemia wszystkich zaskoczyła. Nikt nie miał gotowca na pandemię. Sami szukaliśmy, jak z tego wyjść. Ale znowu to są dwa piony. Kiedy mówimy o remontach, które były konieczne w tym domu, bo były absolutnie konieczne, to w tych remontach parafia nie brała jako takiego udziału, bo nie było szans, żeby parafia utrzymała ciężar remontów. Dlatego w tych remontach partycypowała nasza prowincja zakonna, która finansowała przez kilkanaście miesięcy remont naszego klasztoru. I dzięki temu zrobiliśmy cały remont klasztoru. Natomiast parafia nas wspierała i myślę, że takie charakterystyczne to było, kiedy rok temu podczas 1-rocznicy naszego pobytu jedna z pań, która składała nam życzenia, mówiła tak: Jak byli tutaj księża diecezjalni, to myśmy ich utrzymywali. Ale jak wyście tu przyszli, to wy nas utrzymujecie. I traktowałem to jako olbrzymi komplement, jako uznanie takiej naszej pracy.
To, co było dla mnie takie tutaj odkrywcze, to wolontariat. Wolontariat młodych ludzi, którzy byli gotowi naprawdę na wszystko. I bardzo sobie ceniłem ich obecność, ich gotowość na każdy gwizdek, na każde zawołanie, na każdą potrzebę. Wolontariat, w jakiejkolwiek liczbie ludzi zawsze był gotowy.

Ale być może to właśnie takie kryzysy umacniały tę wspólnotę?

Na pewno. Wydaje mi się, że też wiele o to zabiegałem, żebyśmy byli za coś odpowiedzialni. Żebyśmy byli odpowiedzialni za pomoc – przynoście to, przynoście tamto, będziemy dzisiaj rozdawać, będziemy dzisiaj z tymi ludźmi. Ja pamiętam, jak przyjechały pierwsze grupy, czy pierwsze osoby z Ukrainy tutaj do klasztoru. Myśmy siadali z nimi i pili herbatę, Oni opowiadali o bohaterstwie swoich mężów, synów, braci. Ja byłem w habicie. Oni w ogóle nie wiedzieli, co to za stwór. Bo to przecież prawosławni, głównie, albo w ogóle niewierzący ludzie. No już niewierzący to jeszcze, ale prawosławni to oni w ogóle tych swoich księży po rękach całowali. I tu, jak jeszcze jakiś tam mnich chodził i się uśmiechał, to dla nich był szok. Oni patrzyli się, czy ja zaraz nie wybuchnę, albo nie wiadomo, co się stanie.

Zaraz po liceum wstąpił ojciec do seminarium. Co o tym zadecydowało?

Całe życie podkreślam i traktuję to jako motto mojego życia. I może kiedyś mi to na nagrobku ktoś wypisze, choć wątpię – ja zawsze chciałem pomagać ludziom. Zawsze.

Ale można w różny sposób pomagać.

Tak też myślałem. W trzeciej klasie liceum, myślałem że będę lekarzem, bo lekarz pomaga ludziom. Bo lekarz to ktoś, do kogo ludzie przychodzą, a on ma wiedzę i fachowość. I takie przeświadczenie nosiłem w sobie. I po trzeciej klasie liceum, w czasie wakacji poszedłem na pielgrzymkę z Warszawy do Częstochowy. Pieszą pielgrzymkę. Tam w naszej grupie był ksiądz. Czterystuosobowa grupa i ksiądz Marcin Ogiolda. Ksiądz, który się modlił, śpiewał, prowadził konferencje, spowiadał. Jak były przerwy, to z nami jeszcze siadał, gadał. I ja po tych dziewięciu dniach zrozumiałem, że człowiek ma duszę. I tej duszy też są potrzebni lekarze. I to wtedy, to moje przeświadczenie, że chcę pomagać ludziom, przeniosłem na to, że będę mógł pomagać ludziom od strony ducha. Ale wtedy, nie wiem, Pan Bóg tak jakoś zarządził, że na tej pielgrzymce poznałem dziewczynę, z którą chodziłem równo rok. Równo rok. Związek ten skończyłem 14 sierpnia, a 16 sierpnia byłem już w nowicjacie. I to też było takie doświadczenie bardzo ważne w moim życiu.

A dlaczego zakonnik, a nie ksiądz?

Bo pochodzę z parafii zakonnej. U nas w parafii byli franciszkanie. Ja byłem wychowywany w takim franciszkańskim duchu. Dla mnie ideałem człowieka, który się oddał Bogu był św. Franciszek. Jego koncepcja świata, Boga, przyrody, podejścia do ludzi, również ludzi ubogich. Chciałem być tak jak Franciszek.

Czyli ubóstwo, skromność…

Umiłowanie przyrody, jakieś takie fajne cechy. Ja Franciszka nie odbierałem jako strasznego pokutnika, który biczował się, ale raczej jako takiego człowieka, który odkrywał piękno i przez to jakoś tam panował.

Simplex et idiota.

Niekoniecznie. To Franciszek tak się określał: Homo simplex et idiota. Co w tamtych włoskich realiach brzmi zupełnie inaczej i zupełnie inaczej odbierane jest niż to, gdybyśmy to chcieli prosto i tylko przetłumaczyć na polski język. Bardziej go odbierałem jako człowieka prostego, który nie filozofował. On nie komplikował życia. Jego podejście do Boga otwarło mi bardziej oczy niż czytanie pism św. Pawła Apostoła.

Przed przybyciem do Złotoryi postawiliście sobie zapewne jakieś cele. Które z nich udało się wam zrealizować?

Będę odpowiadał za siebie. Na pewno chciałem scalić parafię. Na pewno tu zależało mi na tym, żeby tych ludzi, którzy… w jakimś czasie się pogubili, poodchodzili, poodchodzili do dużego Kościoła albo w ogóle gdziekolwiek odeszli, żeby udało mi się ich pozbierać, ściągnąć z powrotem. To się udało, aczkolwiek znowu zweryfikowała bardzo wiele pandemia. Dużo ludzi, takich wydaje mi się słabszych, odpadło. I oni być może wrócą. Powoli, wracają, ale dużo ludzi już nie wróciło. Druga rzecz, którą chciałem i chyba to gdzieś tam w mojej głowie powstało, chciałem być proboszczem miasta. I poczułem się proboszczem Złotoryi. Jak był jeszcze ksiądz Śmigielski, to był to taki dwugłos. Każdy z nas robił swoje. Na początku to były zupełnie dwie osobne instytucje. My też staliśmy na dwóch parafiach, ale potem jako proboszczowie zaczęliśmy się dogadywać. Ostatnim księdzem w dekanacie, z którym przeszedłem na ty, to był Śmigielski. Ale jak przeszliśmy na TY, to nas to niesamowicie związało. Po tym, rozumieliśmy się, może trochę przesadzam, jak bracia.
Odbierałem go jako człowieka pełnego wigoru, iskry, działania. On miał wiele rzeczy poukładanych. Potrafił wielu ludzi sobie jakoś podciągnąć dla swojego pomysłu, dla swojej idei.

Właśnie to, co ojciec zaznaczył, co powiedział o swoich celach. Cele ojca były bardziej niematerialne, natomiast mam wrażenie, że ksiądz Śmigielski bardziej skupiał się na celach materialnych.

On był w tym po prostu dobry. I nasze pierwsze spotkania, pierwsze, zupełnie pierwsze, to z jego strony był biznes. Słuchaj, Ja ci dam to, a ty mi dasz tamto. Weźmiesz wioskę, ja wezmę osiedle. Ja nie wiedziałem, o co chodzi. Chodziło o biznes. Dobrze, że się nie zgodziłem wtedy. I zaczęliśmy robić wspólne rzeczy. Kiedyś taki był moment, Szedłem do dużego kościoła na odpust z parafią, stąd od nas z krzyżem, ze sztandarami, z muzyką. Idziemy do góry. Taka kobieta w oknie na Bohaterów Getta stała i mówi: Hmm, puścił proboszcz – mówiąc o Śmigielskim – lisa do kurnika. No, ale tak to chyba było odebrane.
Zaczęliśmy się zbliżać i jak potem proboszcz Śmigielski umarł, to poczułem, że to miasto zostało osierocone i potrzeba było takiego człowieka, który by scalał to od strony ducha. Pomijając rolę burmistrza, czy innego urzędu, poczułem się odpowiedzialny duchowo za to miasto. I dlatego moje wystąpienia na Wigiliach, różnych Wigiliach, również tych w Rynku, jak udzielałem błogosławieństwa miastu robiłem to z ogromnym przekonaniem. Czułem, że temu miastu to jest potrzebne, że tak trzeba, że to jest konieczne, że ktoś musi to zrobić, że ktoś musi to miasto pobłogosławić. Ja czułem się za to odpowiedzialny. I nikt mi nie wchodził tu w paradę, ani nikt tego nie chciał wyrwać, ani nikt mi nie przeszkadzał, ani nikt mi tego nie zabraniał. I tak czułem na wielu różnych wigiliach, spotkaniach opłatkowych, że ta moja obecność nie jest tylko taka paradna, że mam przyjść, fajnie, żeby się uśmiechać.

Sądzę, że wychodziło to bardzo naturalnie. Bez uzurpowania.

Potem taką ważną sytuacją było postawienie figury na Wilczaku. Jakkolwiek było to hejtowane, jakkolwiek było to odbierane. Dla mnie to był symbol. Symbol, że Matka Boża stanęła nad miastem, że udało mi się ją tam wprowadzić i że ona jest złotoryjska i że Matka Boża, która chroni to miasto. I wczoraj tam byłem, przy tej figurze się modliłem za to miasto. Myślę, że jest w dobrych rękach. To było też moim celem.

Zatrzymajmy się chwilę przy tym hejcie, bo poruszył ojciec bardzo ważną sprawę. Jak odbierał ojciec te słowa, które pojawiały się w przestrzeni internetowej? Zwłaszcza kwestionujące sens postawienia figury.

Z jednym człowiekiem, który ten hejt tam bardzo mocno rozkręcał, spotkałem się. Poszedłem bezpośrednio do niego w habicie i mówię: Proszę pana, to ja jestem ten ksiądz, o którym pan tam różne rzeczy pisze. I on myślał, że ja teraz na niego naskoczę, że ja go zacznę niszczyć, tłamsić albo cokolwiek. I ja mu zacząłem wyjaśniać moją koncepcję, mój powód, dla którego to tam stanęło, czy stanąć ma. Ja mu to zacząłem tłumaczyć totalnie łagodnie. To go rozbroiło.

Czyli pokój i dobro…

Jak najbardziej. On mnie nawet chyba nie kojarzył. A ja mówię: Nic takiego. Podajmy sobie ręce. Pan ma takie ostre pióro, może będziemy coś razem pisać.
On się wtedy wyłączył z pisania. I to jest też moja taka cecha. Ja nigdy nie dążyłem do tego, żeby kogoś, nie wiem, sponiewierać, stłamsić, zniszczyć. Nigdy tego nie miałem.

Ale tu akurat autor był znany, podpisał się, wystąpił z otwartą przyłbicą.

Natomiast włożył kij w mrowisko. On tam tylko się zapytał: Czy naprawdę tak jest? I tym samym otworzył puszkę Pandory.
I może to też w tych takich spotkaniach z alkoholikami pomagało, że oni jednak czuli się ludźmi w rozmowie ze mną, a nie jakimiś śmieciami.
Jak reagowałem na hejt? Przestałem go czytać, ale ktoś mi powiedział, żebym zobaczył, co tam się dzieje. I chyba godzinę to czytałem, ale potem odsunąłem to zupełnie, bo wiem, że to jest mocno rażące.

Ja wychodzę z założenia, że jeżeli to ma w jakiś sposób pomóc, proszę bardzo. Osobie niewierzącej nie powinno to przeszkadzać, a wierzącą być może powstrzyma.

Do dzisiaj, a to jest od 15 sierpnia zeszłego roku 3 osoby popełniły tam samobójstwo, skacząc. Byłem tam wczoraj i analizowałem miejsca, z których oni się rzucili. Żadne z tych miejsc nie było w bezpośredniej łączności wzrokowej z tą figurą. Natomiast znam dwie osoby, które dzięki temu, że ta figura tam była, żyją. Powiedziałem, że dziękuję też Matce Bożej. Ale mam świadomość tego, że ta figura tam już ma sens.

A z tych rzeczy, które ojciec sobie zaplanował, a jednak się nie udało?

Nie udało mi się tu zostać.

Ale tak, jak rozmawialiśmy, zabrało ojcu to tylko chwilę, żeby zdecydować o swojej przyszłości.

5 sekund. Ale to tylko pokazuje, że naprawdę chyba jestem gotowy na takie nowe wyzwania, które mi jeszcze życie stawia przede mną.

A nie wynika to z filozofii franciszkańskiej, że nie powinno się nic posiadać, a tym samym nie powinno się przywiązywać do miejsca?

Ja nie mam dzieci. Nie mam domu. Ja nie jestem przywiązany do tego miejsca. Oczywiście, mam tutaj znajomych, nawet przyjaciół.


Jest ojciec wolnym człowiekiem.

Jestem wolnym człowiekiem. Mam mamę, która ma 94 lata i też będę z nią miał jakiś kontakt. Mam brata, który jest 5 lat starszy, ode mnie, ale ja z nim ślubu nie brałem. Mój brat się ożenił i ma żonę, ma dzieci. To jest jego rodzina. Ja przyjeżdżam do domu, wszyscy się serdecznie witamy, ale za parę godzin ja mówię cześć, jadę do domu. I mam świadomość tego, że mam taki dom, gdzieś tam, gdzie moje korzenie są, ale nie jestem do tego przywiązany. To jest ta wolność. Pewnie, że do tego wszystkiego są uczucia. Nie ma co gadać – żegnałem się przedwczoraj z parafią, też płakałem mniej lub bardziej w środku czy na zewnątrz, bo to też było emocjonalne. Stać mnie na to, żeby to zostawić wszystko. Rozdałem moje książki w ciągu jednej niedzieli, całą moją bibliotekę. Zostawiłem sobie kilkanaście książek i wcale nie mam z tym żadnego problemu czy bólu. Ciuchy, proszę bardzo, ktoś chciałby? Moje ciuchy zawiozłem na PSZOK, poukładałem fajnie w kupkach, niech to komuś służy. Nie mam problemu. To jest taka fajna cecha, ale to jest też taka wolność, którą mam.

Tej wolności się ojciec nauczył, czy miał tak od początku?

Ci, którzy mnie znają, to wiedzą o tym, że ja zawsze miałem fisia na punkcie wolności.

Zakon jednak to nie jest chyba miejsce, gdzie można cieszyć się pełnią wolności. Na czele zakonu stoi generał. To już pokazuje wręcz wojskową hierarchię.

I ona jest. Jest też ślub posłuszeństwa. To też w dużej mierze zależy od pojedynczego domu, jakie są relacje między zakonnikami. Kto tu rządzi, jakimi sposobami rządzi, w jaki sposób wprowadzona jest dyscyplina? To w dużej mierze zależy potem, jak się funkcjonuje. Natomiast, tak myślę, że… całe życie dbałem o to, żeby być wolnym w swoich decyzjach, w swoich zarządzeniach, więc, jak przyszedł czas weryfikacji tej mojej wolności, okazało się, że nie walczę o to, że teraz moja wola niech się stanie. Skoro w ciągu pięciu sekund podjąłem decyzję na dalszy ciąg mojego życia, to może tak z tym poczuciem takiej niezależności u mnie nie jest aż tak źle.

I co dalej?

Teraz jadę na rok pastoralny do Włoch. Taka jest decyzja, nie moja, ale prowincjała.

Co to jest rok pastoralny?

To jest taki rok, gdzie mam się przyglądać, słuchać, patrzeć, uczyć się, poznawać. Bardzo szerokie spektrum. Nie wiem do dzisiaj, gdzie pojadę, ani kiedy. Rozmowy były prowadzone pomiędzy prowincjałem polskim i prowincjałem włoskim…

Czyli to taki transfer będzie?

Na rok wypożyczenie, Ale w sobotę rozmawiałem z prowincjałem, który mówi, że rozmawiał o mnie z Generałem Zakonu.

Czyli z samą górą…

Z czym się to wiąże? Nie wiem. Może z jakąś pracą jako spowiednik, gdzieś tam. Znam trzy języki, którymi mogę się posługiwać w konfesjonale, być może to jest jakiś dodatkowy argument… Będę się przyglądał, ale bardziej będę słuchał. A co będzie dalej…?


✎ Z ojcem Bodganem Koczorem,
franciszkaninem, Proboszczem parafii św. Jadwigi
rozmawiał Robert Pawłowski

About The Author