19 lutego 2026

Opowieść o dymarkach i ludziach miedzi

image

Młody górnik Andrzej Kowalski z kopalni Lena usłyszał kiedyś słowa, które zaważyły na całym jego późniejszym życiu. Ówczesny dyrektor Stanisław Pieprzyk powiedział:

„Jędruś, tu, gdzie jest teraz Lena, to synklina Leszczyny, złoże to było setki lat wcześniej eksploatowane. Dzisiaj jest PRL i nie możemy się tego dobić, ale przyjdzie moment, że otworzą się granice i archiwa, a wtedy wszystkiego się dowiemy.”

Jędrek gdy tylko mógł, jechał do Leszczyny i chłonął wzrokiem liczne ślady eksploatacji margli miedzionośnych. Oczyma wyobraźni widział przyszłość tego opuszczonego miejsca jako prężny ośrodek, gdzie można by było odtworzyć chociaż fragment tego, co było przed laty. Jednak na urzeczywistnienie swoich marzeń musiał czekać aż 15 długich lat, gdy w 1990 roku zmienił się w Polsce ustrój. Wtedy stało się to, co przewidział mądry dyrektor.

Dobry los postawił na życiowej drodze Andrzeja wiele osób, z którymi mógł się podzielić swoimi pomysłami, zarazić ideą reaktywowania synkliny Leszczyny, aby pokazać im historię śląskiej miedzi. Zaczął intensywnie poszukiwać naukowców, którzy by go w tym wspomogli. I znalazł. Małżeństwo Eufrozyna i Zygfryd Piątkowie entuzjastycznie podeszli do pomysłu reaktywowania synkliny Leszczyny i okazali wolę współpracy. Ona – profesor geologii, on – dyrektor w wałbrzyskich kopalniach. Z Andrzejem Kowalskim połączyła ich miłość do skarbów ziemi, zwłaszcza śląskiej.

Dymarki

Magnesem przyciągającym do Leszczyny były stare piece wapiennicze z XIX wieku, wpisane zresztą na listę zabytków. Okazało się, że tak naprawdę to były piece hutnicze z XVI/XVII wieku, które w XIX wieku zabudowano wapienniczymi. To miejsce aż się prosiło, aby je wykorzystać do pokazania średniowiecznego życia gwarków. Tylko jak je nazwać? Gdy pan Andrzej opowiadał o tym nestorowi przewodników sudeckich Edwardowi Wiśniewskiemu, obaj jednocześnie doznali olśnienia.

– Edziu, wiesz, jest takie miejsce synklina Leszczyny. Znasz je?

– Oczywiście.

– I tam są te piece hutnicze, no, takie dymarki. Chciałbym tam coś stworzyć, tylko jak to nazwać?

– Oj, Andrzeju, przecież DYMARKI KACZAWSKIE – odpowiedział bez zastanowienia przewodnik.

I tak to się zaczęło.

Zygfryd Piątek dzięki swoim znajomościom sprowadził z Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu kserokopie rycin Georgiusa Agricoli. Był to genialny uczony z Dolnego Śląska w XVI wieku,. Na tych rycinach rozpoznano wizerunek pieca, który mógłby posłużyć za prototyp pieca dymarkowego w XXI wieku. Teraz wystarczyło jedynie zbudować i uruchomić taki piec, żeby pokazać ludziom z bliska wytop miedzi. Pan Andrzej uruchomił swoje rozległe znajomości i tego niemożliwego zadania podjął się inżynier hutnik Włodzimierz Bajsa, który w Pielgrzymce miał własne przedsiębiorstwo z piecem do wytopu żeliwa. Tak ze dwa lata przed pierwszymi Dymarkami Andrzej Kowalski pojechał do Pielgrzymki.

– Włodziu, mam taki stary piec hutniczy w Leszczynie, chciałbym go jakoś reaktywować albo zbudować nowy. Trzeba pokazać ludziom wytop hutniczy – wyłuszczał swoją teorię. – Uruchomiłbyś taką dymarkę?

– Hm… odezwij się za miesiąc. Muszę pomyśleć – odpowiedział hutnik.

Po miesiącu Włodek Bajsa pokazał swojemu przyjacielowi rysunek techniczny i stwierdził krótko:

– Da się zrobić.

Tak to skwitował Sławian Trocki, znany złotoryjski poeta i autor uroczych fraszek: Poznajcie Włodka Bajsę, wytopi miedź, choć włoży szajsę.

W głowie pana Andrzeja formowały się coraz wyraźniej kształty przyszłego miasteczka średniowiecznego, gdzie można by było na żywo zobaczyć mincerza przy pracy i wybić sobie pamiątkową monetę.

– Mennicę uruchomiłem dzięki Januszowi Burkowi, który był sztygarem wydziału mechanicznego na Lenie. On to z kolegą zrobił jakoś po godzinach. To było świetne! Podczas imprez monety bili wspólnie z Cezarym Kwaśniowskim i ze Zbigniewem Szybiakiem – wspomina Andrzej Kowalski.

Mogą niestety bić tylko monety – napisał kolejną fraszkę Sławian Trocki.

Andrzeja Kowalskiego roznosiła energia, jeździł po regionie nakłaniając ludzi do współpracy, przekonywał do realizacji swoich marzeń, po nocach snuł plany. Niestety mimo wielu życzliwych przyjaciół nie miał nikogo do pomocy. Wtedy doszedł do wniosku, że trzeba założyć stowarzyszenie, bo sam nie da rady wszystkiego ogarnąć.

Towarzystwo

Nazwę ZŁOTORYJSKIE TOWARZYSTWO TRADYCJI GÓRNICZYCH (ZTTG) wymyślił Roman Gorzkowski, co przyjęto bez zastrzeżeń. Powstała kilkunastoosobowa grupa inicjatywna, opracowano statut, po czym doszło do rejestracji. Teraz można było zacząć działać w pełni legalnie. W latach początkowych było ich 30-50 osób, a obecnie Towarzystwo liczy 21 członków. Cele ZTTG to głównie pielęgnowanie tradycji górniczych ziemi złotoryjskiej zarówno tych sięgających wieków średnich, jak i odwołujących się do lat świetności kopalni miedzi Lena w Wilkowie, Nowym Kościele i w Iwinach.

Rejestracja nastąpiła w pamiętnym 1999 roku.

Towarzystwo wspomagały finansowo złotoryjskie firmy prywatne i państwowe. Wśród nich wyróżniał się hojnością Mine Master w Wilkowie, najbliższy sąsiad dymarkowy. Jednak niezbędny był sponsor strategiczny i naturalną koleją rzeczy wydawał się nim Kombinat Górniczo – Hutniczy w Lubinie. Niestety jego władze były głuche na monity o dofinansowanie. Zmieniło się to, gdy prezesem KGHM został profesor geologii Stanisław Speczik, który znał i lubił Złotoryję, bo tutaj płukał złoto ze swoimi studentami. W 2004 roku prezes ZTTG został zaproszony na liczną naradę sztygarów i dyrektorów Kombinatu. Była to świetna okazja, aby przedstawić historię górnictwa w Leszczynie i historię Złotoryi. Pan Andrzej nie przebierał w słowach, kiedy grzmiał, że gdy w Leszczynie wytapiano miedź, to na terenie obecnego Lubina i Polkowic pasły się tylko tury i hasały dzikie zwierzęta. Gdy powstawał KGHM, Złotoryja liczyła 18 tysięcy ludzi, a Lubin był zapyziałym miasteczkiem z zaledwie 4 tysiącami mieszkańców. Słowa te wywołały szok wśród zgromadzonych, niektórzy byli oburzeni, rozległy się gwizdy i wulgarne okrzyki. Ale przecież wszyscy ci sztygarzy i dyrektorzy górnictwa – dowodził nieustraszenie przybysz ze Złotoryi – uczyli się zawodu na starej poczciwej Lenie. To stąd jest słynne porzekadło: Żaden dyplom nie jest w cenie, tak jak z Leny pochodzenie.

Efekt mocnego wystąpienia prezesa Kowalskiego był taki, że na następne Dymarki do Leszczyny przyjechał cały zarząd Kombinatu. Utworzyli oni tzw. Radę generałów, której szefem został wieloletni dyrektor kopalni Rudna, Wiesław Jarmużek. W swoich oficjalnych mundurach górniczych, obwieszeni medalami bawili się świetnie, bili monety, jedli podpłomyki. Wszyscy zostali przyjęci do ZTTG z całym ceremoniałem, włącznie ze skokiem przez skórę. Na tychże skórach widniały pamiątkowe napisy wprasowane w specjalny sposób przez artystę plastyka Edwarda Kmitę. Plastyk ten robił zresztą dla nich wszystkie przepiękne plakaty i foldery.

Po tych Dymarkach KGHM nie skąpił pieniędzy na działalność Towarzystwa.

Skansen

Zarząd Towarzystwa ustalił, że miejsce, gdzie chcą pokazać średniowieczne zawody, będzie się nazywało Skansen Górniczo – Hutniczy w Leszczynie. Rozpoczęła się odbudowa starego budynku, w którym miała być karczma, izba tradycji, sala narad, pokoje noclegowe dla turystów. Przy budowie skansenu oprócz armii zapaleńców różnych profesji pracowało też dwoje naukowców z Politechniki Wrocławskiej, dr hab. inż. Maciej Madziarz i dr inż. Malwina Kobylańska. Pomagali w sprawach technicznych i technologicznych oraz historycznych. Ich pomoc była nieoceniona.

Pierwsze Dymarki odbyły się 17 czerwca 2000 roku i od razu odniosły oszałamiający sukces. Do maleńkiej Leszczyny przyjeżdżało po kilka tysięcy ludzi. Na dziedzińcu zbudowano dwa piece: jeden dymarkowy, a drugi tyglowy. Głównym punktem imprezy było pokazanie wytopu miedzi z dymarkowego pieca. Media, prasa i internet prześcigały się w zachwytach nad taką zdumiewającą formą rozrywki.

Na portalu Karkonosze Go Robert Kotecki napisał: Aby ocalić od zapomnienia górniczą tradycję Leszczyny, każdego roku organizowane są tu Dymarki Kaczawskie. W bogatym programie imprezy znajdziemy: pokazowe wytopy z tyglowego pieca, prezentacje dawnych zawodów i rzemiosła, biesiady folklorystyczne, jarmark, a nawet skoki z beczki przez skórę czy pasowanie na gwarka. Dymiące i rozgrzane do czerwoności piece hutnicze przypominają o bogatej tradycji całego regionu. Dymarkito staropolska nazwa wytopu metali.

– Piec dymarkowy był rozpalany dzień wcześniej – opowiada prezes Kowalski. – Ludzie gromadzili się wokół i podziwiali pracę hutników ubranych w stroje rodem ze średniowiecza. Z pieca powoli sączyła się strużka miedzi, wprawiając w zachwyt oglądających. To był najważniejszy moment Dymarek. Na nasze imprezy zapraszaliśmy również grupy rekonstrukcyjne, odbywały się pokazy walk rycerskich. To była niesamowita atrakcja! Występował u nas znany zespół muzyczny Eleni i sławni piosenkarze jak Zbigniew Wodecki czy Andrzej Rosiewicz.

Na dziedzińcu Skansenu każdego roku przybywał kolejny element. Pierwszego roku stanął potężny obelisk z płaskorzeźbą, który przedstawiał górnika z XVI wieku, trzymającego lancę do wytopu. W następnym roku postawiono świętego Floriana, patrona hutników. Kolejnym obeliskiem była święta Barbara, patronka górników. Teraz stanowią atrakcję, ludzie się przy nich chętnie fotografują. Kamień na obeliski fundował Marian Sroka.

Ze wspomnień prezesa:

– Pamiętam, jak zdobyliśmy oryginalne średniowieczne żarna. Można było zrobić mąkę, ale co dalej? Przecież można by zrobić ciasto, aby upiec podpłomyki, pokazać to ludziom. Potrzebne były ze dwie, trzy kobitki. W sumie udało się nam to fantastycznie.

Kobiety w stowarzyszeniu rwały się do pracy, która dla nich stanowiła świetną zabawę, odskocznię od codziennej krzątaniny. Od razu wiedziały, w jaki sposób połączyć żarna, mąkę i ogień.

– Podczas Dymarek piekłam podpłomyki na wzór średniowiecznych, to proste placuszki z mąki i wody, nic trudnego. Robiliśmy również tzw. kociołki:w żeliwnych kociołkach zawieszonych nad ogniskami gotuje się ułożone warstwami ziemniaczki, boczusiek, kiełbaskę, kapustę, wszystko mocno przyprawione, z niesamowitym mocnym zapachem. Ludzie to uwielbiali – wspomina Anna Samburska.

Gdy po imprezie goście rozchodzili się do domów, w skansenie robiło się pusto i cicho. Wtedy organizatorzy zbierali się razem, ucztowali do późnych godzin nocnych i śpiewali do melodii wygrywanych przez Anię Samburską na gitarze, a potem przy akordeonie Władka Grockiego. To były cudowne, niezapomniane chwile, co po 25 latach zgodnie wspominają członkowie Towarzystwa.

Nie wszystko się jednak udawało. W pewnym okresie znaleźli się nieuczciwi pracownicy, przez których ZTTG wpadło w poważne kłopoty finansowe. Jednak ostatecznie długi zostały spłacone, a Skansen obecnie jest dobrze zarządzany i przynosi zyski.

Dymarki były organizowane rok po roku przez 13 lat i cieszyły się niesłabnącym powodzeniem, lecz nawet największy przebój kiedyś się znudzi. Do tego w 2020 roku świat ogarnęło szaleństwo pandemii covidu. Pozamykano wszystko. W 2022 roku można już było organizować imprezy, ale wójt Gminy Złotoryja już nie okazywał woli współpracy. W Skansenie zapanowała cisza.

Ciche Szczęście

Prezes ZTTG, Andrzej Kowalski, kilka lat temu przekroczył siedemdziesiątkę i w 2025 roku jest już emerytem. Jego firma gastronomiczno-hotelarska Przy Miłej dobrze prosperuje. Ukoronowaniem jego pracy zawodowej i społecznej było otrzymanie od Ministra Przemysłu w listopadzie 2024 roku stopnia górniczego Generalnego Honorowego Dyrektora Górniczego, co w branży nazywają „stopniem generalskim”, z czego pan Andrzej jest bardzo dumny. Mimo tych wszystkich czynników nie do końca jest spełniony, a jego niespokojny duch nie daje mu spocząć. Uważa, że brakuje mu jedynie… szczęścia, a właściwie Cichego Szczęścia, bo nadszedł czas na ostatni etap. Jest nim odtworzenie kopalni Stilles Glück/Ciche Szczęście z XIX wieku. Archeolodzy odkopali w Leszczynie ślady wylotu sztolni, dawne szyby i skupisko żużlu po tej kopalni. To mogłaby być świetna kopalnia-muzeum.

– Niedawno dostałem telefon od pewnego naukowca z Politechniki Wrocławskiej, że chętnie się spotka w sprawie pomocy naukowej i nie tylko, jeśli chodzi o odtworzenie kopalni Ciche Szczęście – mówi Andrzej Kowalski. – Na zdrowie nie narzekam, czuję się dobrze. Może jeszcze zdążę?

Tekst: Agnieszka Młyńczak i Andrzej Wojciechowski

Zdjęcia: Archiwum ZTTG

About The Author