200 numerów to powód do zadowolenia. To moment kiedy możemy coś podsumować. Wiele razy przy różnych okazjach mówiliśmy, ale powtórzę to jeszcze raz. „Echo Złotoryi” powstaje dzięki społecznej pracy kilku zaledwie osób. Oczywiście to ostatnie zdanie nie w pełni oddaje prawdę. Przez 17 lat współpracowało mniej, lub bardziej okazjonalnie kilkadziesiąt osób, które czasem jednorazowo, czasem dłużej pisało teksty. Poniżej przedstawiamy swoje motywacje i wspomnienia związane z czasem, który poświęciliśmy na pracę w redakcji.

Agnieszka Młyńczak

Pracę w „Echu Złotoryi” zaproponował mi mój serdeczny kolega Roman Gorzkowski. To było w lutym 2007 roku, po ukazaniu się pierwszego numeru.
– Ale wiesz, to jest praca za darmo – zaznaczył.
Do lutowego numeru napisałam dwa teksty, w marcu trzy, a w maju tego samego roku aż pięć artykułów. W sumie do lutego 2024 roku zostało opublikowanych moich 249 artykułów. Od tamtej pory minęło całe SIEDEMNAŚCIE lat z maleńkim haczykiem. Szmat czasu…
Na początku redaktorem naczelnym był Robert Pawłowski. Wyznaczył nam spotkania redakcyjne w każdy poniedziałek i konsekwentnie trzymał się tej zasady. Co tam się działo! Sprzeczaliśmy się o wszystko: o zdjęcia, że nie takie jak trzeba i że po co podpisy do zdjęć, przecież widać, o zdjęcia na okładkach bo za mało ludzi, i o wiele innych rzeczy.

Sprzeczki były jednak twórcze i podczas tych spotkań tak naprawdę uczyliśmy się dziennikarstwa, bo wszak byliśmy dziennikarzami. Poza tym naczelny dbał o nas i co jakiś czas podrzucał poradniki o sztuce pisania reportaży. Bardzo mi pomogły rozwinąć i udoskonalić warsztat.
Pamiętam jak dwa lata później, 3 listopada 2008 roku, naczelny przyniósł na spotkanie redakcyjne legitymacje prasowe i wręczał je nam uroczyście. Trochę się z siebie śmialiśmy, ale przede wszystkim byliśmy dumni, bo dla większości z nas była to pierwsza legitymacja prasowa w życiu. Potem podczas reportaży miałam okazję wielokrotnie nią się posłużyć. O dziwo, otwierała wiele drzwi i – jak zauważyłam – wzbudzała szacunek.
Moja rodzina była ze mnie dumna. Mąż Henryk podrzucał ciekawe tematy na styku z rzemiosłem, a od córki Magdaleny przy pierwszej okazji dostałam w prezencie dyktafon, żebym nie robiła wiochy i nie spisywała wywiadów ręcznie. Potem był drugi dyktafon, bo pierwszy się popsuł, a potem były już tylko kolejne smartfony z wbudowanymi dyktafonami. Na wywiady – te poza Złotoryją – zawsze jeździliśmy swoimi samochodami i na własny koszt. Do pisania tekstów używaliśmy własnych komputerów, korzystaliśmy z Internetu (niezbędnego do wyszukiwania informacji), który sami opłacaliśmy. Wiele osób, z moich bliższych i dalszych znajomych, pukało się znacząco w czoło, mówiąc: „Za darmo? Zwariowałaś? Po co ci to?” Po głębokiej analizie tego stanu rzeczy doszłam do wniosku, że właściwie nie wiem. Aczkolwiek gdy zaczynam zbierać materiały do kolejnego reportażu czy wywiadu, zawsze ogarnia mnie dreszczyk ekscytacji. Wiem, że znów przyswoję sobie nową porcję fascynujących informacji, poznam kogoś nowego, a ta osoba tak mi zaufa, że opowie o sobie wiele niezwykłych rzeczy, bo wreszcie – dzięki nowemu artykułowi mogę przeżyć coś niezwykłego. Może dlatego?
Nie miałam jakiejś ulubionej tematyki artykułów, jednak z czasem zauważyłam, że najbardziej lubię reportaże tzw. uczestniczące, gdy mogę przeżywać akcję razem z moimi bohaterami. Cieszyłam się, gdy chodziłam po dachach domów złotoryjskiej starówki wraz z kominiarzami i zaglądałam do okopconych kominów; miałam niesamowitą frajdę, wymierzając kopniaki i ciosy pięścią podczas kursu samoobrony; gdy wchodziłam na tamę na Kaczawie zbudowaną z gałązek przez bobry, byłam po prostu szczęśliwa.
Fascynuje mnie opisywanie procesów technologicznych, które dla mnie – humanistki – są jak magia. Na zawsze zapadły mi w pamięć przerażające kołognioty i inne tajemnicze zjawiska podczas produkcji tektury w Nowej Ziemi; do dzisiaj tak naprawdę nie wiem, w jaki sposób z głębi ziemi wydobywa się gorąca woda do pompy ciepła w pewnym domu na Kopaczu. Potem na zebraniach redakcji było już tak:
– Agnieszka, jest temat industrialny, bierzesz?
W pracy dziennikarki non profit niezwykle ważne są wyrazy uznania czytelników. Wiele razy usłyszałam od znajomych, że po przeczytaniu mojego artykułu wzruszyli się, często do łez. To ogromnie satysfakcjonujące i niesłychanie podnosi poczucie własnej wartości. I właśnie to jest częstokroć ważniejsze od gratyfikacji finansowej. Wszak wiadomo, że pieniądze to nie wszystko.

Iwona Pawłowska

Był koniec 2006 roku, jakiś jesienny wieczór, kiedy mój Mąż wrócił z zebrania TMZZ i powiedział, że padła tam propozycja reaktywacji wydawanego w latach 1989-91 „Echa Złotoryi”. Pewnie przeszłabym nad tą informacją do porządku dziennego i wyparła z pamięci, gdyby nie ciąg dalszy, który brzmiał: „I ja się tym zajmę, a ty mi pomożesz”. W pierwszym odruchu chciałam mu powiedzieć, że chyba upadł na głowę, ale zaraz się zmitygowałam, bo ten pomysł zawierał w sobie wyzwanie, a ja, jako zodiakalny Bliźniak, lubię, gdy coś się dzieje w moim życiu nieszablonowego. Dzieci już miałam nieco odchowane, mogłam zacząć teraz myśleć o realizacji własnych pasji.
Dlatego, choć doświadczenie z wydawaniem czasopisma miałam raczej szczątkowe (poza paroma przygodami z czasów licealnych nie tczyłam w takim procederze), postanowiłam rzucić się na głęboką wodę i zasilić grono redaktorów nowego „Echa”.

Pamiętam swój pierwszy „reportaż” (piszę to w cudzysłowie, bo wiem, jak daleko było temu tekstowi do wspomnianego gatunku) z zakładu mięsnego, gdzie ubrana w biały fartuch i jakieś inne ochronne elementy stroju śledziłam proces powstawania kiełbasy, a potem wyszłam stamtąd bogatsza o nowe wrażenia i kilogram „swojskiej” – na spróbowanie – jak stwierdził właściciel ☺.

Nie wiem, czy fakt, że za pierwszy artykuł (grudzień 2006 r.) dostałam kiełbasę, czy z innego powodu, którego nie rozumiem do tej pory i nikomu wytłumaczyć nie potrafię, zostałam z „Echem” przez kolejne numery aż do tego – 200. Zostałam i jestem już prawie 18 lat, z czego ponad 3, od 163 numeru, jako redaktorka naczelna.
Czasem sobie myślę, że ten mój upór, by tworzyć „Echo” i niespotykane u mnie konsekwencja oraz systematyczność wynikają z faktu, że nikt nie wierzył, poza częścią samej redakcji, że nasz miesięcznik przetrwa choćby pół roku. Nie wróżono nam sukcesu, tym bardziej, że od samego początku naszą pracę traktowaliśmy jako wolontariat, a wiadomo, że jak ludzie za wysiłek nie dostają pieniędzy, to szybko się zniechęcają i wypalają.

Owszem, przez te lata przewinęło się przez naszą redakcję bardzo dużo osób, niektórzy po kilku artykułach mówili: pas! Kończyła im się energia, czasem wena twórcza, gasł zapał, a czasem po prostu nie po drodze im było z redakcyjną ekipą. Bo prawdą jest, że my, czyli tak zwany trzon redakcyjny, bywamy kapryśni, czasem przewrażliwieni, nieraz skłonni do egzaltacji, nie stronimy od fochów, od czasu do czasu poobrażamy się na siebie, ale jak trzeba wydać numer, to choćby się waliło czy paliło, musimy stanąć na wysokości zadania, bo wstyd byłoby zawieść czytelników.
Inna sprawa, że nie mamy pewności, czy to, co piszemy, jest komuś potrzebne, może się tylko tym łudzimy i wydajemy „Echo” bardziej dla siebie niż dla kogokolwiek innego, albo po prostu z przyzwyczajenia. Ale nawet jeśli tak jest, bo przynajmniej pożytecznie spędzamy wolny czas, bo tylu interesujących ludzi, tyle pasjonujących historii, ciekawych miejsc, ile poznaliśmy przez te 18 lat, nie mielibyśmy okazji doświadczyć w żadnej innej sytuacji. I to zostaje w nas, to nas wzbogaca. A jaką dają satysfakcję słowa podziękowania lub wzruszenia płynące od bohaterów naszych artykułów, tego nie zrozumie nikt, kto uważa, że za darmo nic nie warto robić.

Nie wiem, ile przez te lata napisałam artykułów. Na pewno byłaby z tego dość obszerna książka, być może rozmiarem, ale tylko rozmiarem, dorównująca najobszerniejszym powieściom Katarzyny Bondy ☺. Co miesiąc przez te prawie 18 lat wypełniałam strony „Echa” co najmniej paroma artykułami. Nie wiem, ile jeszcze jestem w stanie z siebie dać. Być może przydałaby się zmiana warty. Byłoby dobrze, gdyby do „Echa” przypłynął narybek, by przejął ode mnie stery. Ale z drugiej strony, czy umiałabym to wszystko zostawić? Czy można bezboleśnie porzucić własne dziecko, nawet jeśli osiągnęło już prawie pełnoletność? ☺ Myślę, że jeszcze przyjdzie czas na odcięcie pępowiny.


Na koniec chciałabym całej mojej zaufanej ekipie powiedzieć: chapeau bas! A szczególnie dziękuję mojemu Mężowi za inspirację, motywację i za to, że jest niezawodnym, skromnym i anonimowym najemnikiem, który musi co miesiąc znaleźć czas, by usiąść ze mną i to nasze „Echo” poskładać, czym nadać mu ostateczny wygląd. A na to, co podczas tego wielogodzinnego procesu się dzieje, spuszczę zasłonę milczenia ☺

Beata Jańta


Na co dzień jestem nauczycielką języka polskiego w Zespole Szkół Zawodowych w Złotoryi. Pracę w redakcji „Echa…” rozpoczęłam w 2014 roku. Przez kilka lat zajmowałam się przede wszystkim korektą tekstów. Później zdarzało mi się też coś napisać. Najbardziej lubię wywiady, bo rozmowa z drugim człowiekiem sprawia mi radość. Lubię poznawać nowych ludzi, interesują mnie ich pasje, osobowości, całokształt ich doświadczeń i życia. Wywiady pozwalają mi poznać bliżej ludzi różnych profesji. Mam satysfakcję z tego, że na łamach „Echa…” mogę podzielić się wiedzą o innych ludziach z naszymi czytelnikami. Oprócz tego bardzo inspirują mnie spotkania naszej redakcji, kiedy toczymy żywe dyskusje na różne tematy i ustalamy zawartość kolejnego numeru pisma. Dają mi one odskocznię od codziennych obowiązków. Tu mogę doskonalić swoje umiejętności zawodowe, poszerzać wiedzę z różnych dziedzin i być na bieżąco z wszystkim, co dzieje się w naszym powiecie

Jarosław Jańta

Miesięcznik „Echo Złotoryi” zwrócił moją uwagę wyróżniającym się komiksowym papierem i niezwykłymi zdjęciami. Kiedy wspomniałem o tym ówczesnemu redaktorowi naczelnemu, ten odpowiedział tylko: ”To przyjdź w poniedziałek o 17.00, na zebranie redakcji”. Przyszedłem i zostałem. To było dziesięć lat temu. Naczelnym w tym czasie był Robert Pawłowski. Rok wcześniej, w 2013r. „EZ” otrzymało w Wałbrzychu prestiżową nagrodę: „Dolnośląski Klucz Sukcesu” w kategorii najlepsza gazeta lub lokalny portal internetowy.
Moje pierwsze teksty były relacjami z życia młodych złotoryjskich muzyków rockowych. Takich zespołów tworzyło się wtedy dużo, a w kilku śpiewały moje córki. W trakcie 10-letniej pracy w redakcji poznałem dziesiątki interesujących osób, udało mi się spenetrować większość złotoryjskich środowisk i dotrzeć w miejsca niedostępne dla zwykłego zjadacza kotleta schabowego.

Relacjonowałem walki w wielkiej grze wojennej „Falkenhorst” w lasach Wilkowa, podglądałem życie w szkole Wiedźmińskiej urządzonej na kilka dni w Zamku Grodziec, biesiadowałem z myśliwymi w Sokołowcu, strzelałem z krótkiej i długiej broni na złotoryjskiej strzelnicy, obserwowałem popisy wschodnich sztuk walki na ogólnopolskich zawodach IMAF w Hali „Tęcza”, stałem tuż pod sceną kiedy śpiewała na niej Doda i „spowiadałem” ojca Bogdana z działalności złotoryjskich franciszkanów. Nauczyłem się, że życie zwykłego człowieka, kiedy spojrzy się na nie z innej perspektywy jest w rzeczywistości bardzo ciekawe dla naszych czytelników. Moje życie nabrało rumieńców i większego sensu. Jednak sam proces twórczy jest trudny i wymaga poświęcenia mu dużej ilości czasu. Żeby powstał dobry tekst, który czyta się jednym tchem poprawiam go niezliczoną ilość razy. Do takiej pracy potrzebna jest motywacja. Czerpię ją nie z dóbr materialnych, bo przecież pracujemy za darmo, ale z możliwości przebywania z ludźmi tworzącymi naszą redakcję. Ludźmi, z którymi mogę porozmawiać na wszystkie tematy, otwartymi na innych, posiadającymi ogromną wiedzę o naszej Złotoryjskiej Ziemi, dla których obce są niskie uczucia takie jak zawiść, wrażliwymi na zdarzającą się niesprawiedliwość, gardzącymi kłamstwem i w pogardzie mającymi doczesne dobra. Wszystkim czytelnikom życzę, żeby otaczali ich właśnie tacy ludzie.

Wioleta Michalczyk

Czasopismo w jego obecnej formie znam od pierwszego numeru. Po pierwsze z racji wieloletniego członkostwa w TMZZ, czyli jego wydawcy, a po drugie dlatego, że interesuję się historią lokalną. W każdym numerze znajdowałam i znajduję coś ciekawego. Pisać zaczęłam w 2012 r. od sprawozdania ze zorganizowanej na poddaszu „Bacalarusa”, czyli w siedzibie TMZZ wystawy na temat Pielgrzymki – mojego miejsca zamieszkania od 2004 r. Wtedy zaproponowano mi także cykl artykułów na temat gminy Pielgrzymka. Pojawiały się cyklicznie one w latach 2012-2014. Może trwało to trochę długo, ale angażowałam do ich napisania mieszkańców opisywanych wsi. W  międzyczasie zredagowałam z Małgosią Semeniuk i Sebastianem Dębickim trzy publikacje ze wspomnieniami osadników mojej gminy. Tak się wciągnęłam w przeprowadzanie wywiadów z różnymi, ciekawymi osobami, że zaczęłam pisać o tym, co działo się w mojej gminie, ale nie tylko.

Zachęcam też moich znajomych do pisania do „Echa”. Z racji znajomości niemieckiego nawiązałam kontakty z  byłymi mieszkańcami ziemi złotoryjskiej, którzy przekazywali i przekazują mi swoje rodzinne wspomnienia, ufając, że nie napiszę nic niewłaściwego. W  2021 r. zaproponowano mi dołączenie do składu redakcji. Od tego momentu czuję się zobowiązana, nie tylko do wyszukania ciekawych tematów, ale i  opracowania podanych propozycji. Nadal najchętniej robię wywiady, ponieważ ogromną przyjemność sprawia mi radość na twarzach moich bohaterów, szczególnie tych starszych i ich słowa „Pięknie Pani to napisała”. Wszystko to zajmuje mnóstwo czasu, ale cieszy mnie, że mogę zachować ich historie i zdjęcia rodzinne dla potomności. Uważam, że życie każdego człowieka jest warte, aby o nim opowiedzieć. Największym wyzwaniem była w ostatnich latach propozycja Naczelnej, aby opowiedzieć o nieistniejących pałacach w powiecie złotoryjskich. O tych, które nie pojawiły się jeszcze na łamach „Echa”. Nie udałoby się to bez pomocy mieszkańców, którzy je jeszcze pamiętają. Rzadko zdarza się, aby ktoś odmówił mi pomocy przy pisaniu artykułu. Może dlatego, że najpierw uważnie słucham, a  potem zadaję pytania? Chociaż mój Mąż jest przeciwnego zdania. Uważa, że za dużo mówię, więc wywiady są dla mnie okazją do wygadania się. Ciekawe tylko, dlaczego w takim razie zawsze uważnie czyta kolejne „Echo”?

Andrzej Wojciechowski

o raz pierwszy „Echo” trafiło w moje ręce mniej więcej w 2010. Dostałem je w prezencie od Roberta Pawłowskiego, który w tamtym czasie był jego twórcą i Redaktorem Naczelnym. Bardzo mi imponowało takie hobby, ale nawet nie przebiegło mi przez myśl, że mógłbym kiedykolwiek być jedną z tych szacownych osób, które je tworzą. Jak się wobec tego stało to rzeczywistością? Pracowałem nad książką i potrzebowałem wielu, wielu informacji. Spotykałem się z całą masą ludzi, których wiedza historyczna, była dla mnie nieoceniona. Tak trafiłem do Romana Gorzkowskiego. Wspomniał mi wówczas o interesującym cyklu. Redaktorzy piszą krótkie teksty o wszelkich wzmiankach w literaturze, na temat naszego miasta. Przypomniałem sobie, o kilku zdaniach, które przeczytałem ongiś w książce Romana Bratnego „Rok w trumnie”. Jej bohater jadąc tramwajem w czasie „Karnawału Solidarności” natknął się na ludowego kaznodzieję, który wygłasza między innymi takie zdanie: …W Złotoryi, jak sama nazwa wskazuje, znajdują się ogromne nieeksploatowane wobec presji wielkiego sąsiada złoża drogocennego kruszcu. Boją się naszej konkurencji na światowych rynkach złota.. To była podwalina pierwszego tekstu.

Z pewnych powodów zostałem uznany za znawcę lokalnej historii. Zgromadziłem wiele materiałów, przeprowadziłem dziesiątki rozmów z ludźmi, którzy byli żywymi świadkami miejscowych dziejów. Łatwo przyszło mi dzielenie się tą wiedzą z czytelnikami. Musiało być to ciekawe, bo zgłaszały się do mnie kolejne osoby mające palącą potrzebę podzielenia się swoimi wspomnieniami. Tak oto zaczęła się moja bliższa znajomość z redakcją. Jednakże przez długie lata wzbraniałem się przed dołączeniem do grona zespołu. Było to bardzo wygodne ponieważ nie ciążyło nade mną słowo „termin”. Dziś po przejściu wielu etapów ewolucji, także mojej, jestem w „stopce”. Oczywiście zawsze mogę powiedzieć, że nie chcę, że wolę pisać jako wolny strzelec, bo tak jest wygodniej. Jest jednak coś co powoduje, że godzę się na te niedogodności. Uważam, że nawet jeśli dziś czytelnictwo tradycyjnych papierowych wydawnictw przechodzi kryzys, to każda wydrukowana strona jest świadectwem naszych czasów. Tego co robimy, czym żyjemy, tego co po nas zostanie. Jakże często w poszukiwaniu materiałów historycznych zazdroszczę naszym poprzednikom mieszkającym w Goldberg. Ileż po dziś dzień można znaleźć materiałów ilustrujących ich codzienne życie. Ale biada temu, kto chciałby dowiedzieć się, czym żyło miasto w latach sześćdziesiątych. Z trudem znajdziemy hasłowe informacje o osobach pełniących funkcje administracyjne, ale nie dowiemy się na przykład ile pociągów odjeżdżało co dzień ze stacji Złotoryja. Natomiast rozkłady jazdy pociągów ze stacji Goldberg w latach trzydziestych, są jak najbardziej dostępne.
Najbardziej lubię pisać o historii. Cieszę się, gdy mam możliwość obcowania ze starymi zdjęciami, dokumentami, czy innymi artefaktami, a jeszcze bardziej rozmawiać z osobami które pamiętają początki naszej tutaj bytności.

Ponad wszystko uważam, że „Echo” musi trwać, bo to wartość zbudowana żmudnym wysiłkiem wielu osób. Jedyny w swoim rodzaju tytuł. Żeby nie być gołosłownym, podam przykład dla porównania. Dostałem ongiś w prezencie od Olgierda Poniźnika Burmistrza Gryfowa Śląskiego kilka numerów pisma „Hejnalista Gryfowski – Okazjonalny Magazyn Historyczny” Kluczowe dla tego co chcę powiedzieć, jest tutaj słowo „okazjonalny”. Miasto ze zbliżonym potencjałem do Złotoryi, nie znalazło tych kilku zapaleńców, którzy byliby w stanie regularnie pisać teksty, składać, drukować i dystrybuować regionalne czasopismo. Nam się udało i powinniśmy zrobić wszystko, żeby tej wartości nie stracić.


✎ Redakcja

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *